Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Litwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Litwa. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 maja 2016
9 maja, czyli sentyment do ZSRR na Litwie
Dzień Zwycięstwa to jedyny taki dzień w roku, kiedy czuję jak daleko mi do litewskich Polaków. Generalnie. Oczywiście są jednostki, całe grupy osób, ale jak Wileńszczyzna długa i szeroka, to kładzie się na niej cień wciąż żywej sympatii do Związku Radzieckiego i dzisiejszej "silnej" putinowskiej Rosji.
Nie świętuję 9 maja. Kapitulacja hitlerowskich Niemiec nie zakończyła koszmaru Polski i krajów bałtyckich. Nie było niepodległych państw. Stalin nie był naszym wyzwolicielem i trudno za takich do końca uznać żołnierzy radzieckich, którzy brnąc na Berlin palili, grabili i gwałcili - kobiety w każdym wieku, także zakonnice, a nawet mężczyzn. Wojna ma swoje prawa, ale tego nie da się niczym usprawiedliwić.
Na Litwie podejście jest zgoła inne. Niech nie czują się urażeni ci którzy myślą inaczej, ogół jest przytłaczający. Polak na Litwie bowiem, którego Stalin wyrwał z Macierzy, którego nawet rodzina została zesłana na Sybir, uważa, że 9 maja jak najbardziej należy świętować.
Podczas ostatniej audycji w radiu słuchaczka zapytała mnie czy pamiętam, że Polska "dostała poniemieckie ziemie", że ona pamięta te puste, całe domy po Niemcach.
Polka mieszkająca na Litwie mówi mi, że Polska "dostała" ziemie od Stalina.
Skąd to wszystko. Zbierając przez te wszystkie lata materiały do różnych tekstów starałam się zawsze podpytać o wszystko co się tylko da. Związek Radziecki, mimo deportacji w głąb Rosji, mimo przesuniętej granicy, kojarzy się współczesnym bardzo pozytywnie.
Dla wielu to naprawdę szczęśliwe lata, dla niektórych ostatnie szczęśliwe jakie pamiętają. Moskwa kierując się zasadą skłócania dała spore prawa Polakom, na złość Litwinom. Nawet dziś protestujący w obronie oświaty chętnie to przypominają.
Całe pokolenia rodzone w czasach sowieckich nie uczyły się języka litewskiego, nie było takiej potrzeby. Kiedy więc Litwa zaczęła walczyć o swoją niepodległość, Polakom to się za bardzo nie podobało (tak, nie wszystkim). Do tego stopnia, że jeździli do Wilna protestować pod sejmem przeciwko tym, którzy domagali się niepodległości.
Trafiłam kiedyś przypadkiem na to zdjęcie w galerii Associated Press.
Taki ma podpis: Polacy żyjący na Litwie demonstrują przeciwko decyzji litewskiego parlamentu rozwiązującej dwa lokalne polskie samorządy - Wilno 12 września 1991. Niektórzy polscy posłowie wsparli w zeszłym miesiącu nieudaną próbę zamachu stanu w Moskwie [chodzi o pucz Janajewa], co obciążyło stosunki między Litwinami i polską mniejszością.
Nietrudno na Litwie spotkać Polaka, który otwarcie powie, że litewskiego to on się do końca nie nauczył. Kiedy Związek Radziecki upadł, znajomość polskiego i rosyjskiego już nie wystarczyła. Litwa budując swoją państwowość głównie na języku stała się dla Polaków nie tylko nieprzyjazna i obca, ale czasami też wroga. Polacy, także z wyższym wykształceniem, zaczęli tracić pracę. Litwini przestali przyznawać się do znajomości rosyjskiego czy nawet polskiego. Łatwiej było wypomnieć mniejszości brak wsparcia niepodległości, niż pamiętać, że wśród sygnatariuszy aktu niepodległości też są Polacy.
Sytuacja nie zmieniła się także dziś. Wielu z nich, szczególnie poza Wilnem, w miejscowościach zamieszkałych głównie przez Polaków, ale i tych z pogranicza białoruskiego, gdzie w zasadzie trudno określić kto jest kim, nie czuje się na Litwie jak u siebie.
Ciągle narzekamy na brak polskiej telewizji. Tak, jest ona potrzeba i to jak najszybciej, bo zmiany jakich musi dokonać zajmą lata. Polacy oglądają rosyjską telewizję, bo jest zrozumiała, lepsza, ale też przedstawia odpowiednią wizję świata. W tej wizji Litwa jest małym, śmiesznym krajem z szabelką, którego nikt nie słucha i z którym się nikt nie liczy. Prezydent Grybauskaite jest zarozumialcem, który zamiast układać się z Rosją kreuje się na czołowego rusofoba. To Rosja jest mocarstwem.
Kiedy w internecie pojawiło się zdjęcie papieża Franciszka z lentoczką od razu przyklejono do niego podpis, że oto papież nie ma uprzedzeń i świętuje z narodem rosyjskim. Żadnych pytań jak to się stało, że deputowany rosyjski udał się do papieża. Nic. Watykan widząc co się dzieje, podał już informację, że papież nie miał pojęcia co znaczy lentoczka i że niestety tego typu nadinterpretacji nie da się uniknąć. Ta informacja do Polaków na Litwie raczej jednak nie dotrze, no bo niby jak.
wtorek, 19 kwietnia 2016
Polsko-polska wojenka z Litwinami w tle
Dziennikarz pisząc zwykle artykuł wykorzystuje ostatecznie zaledwie skrawek zebranych informacji. Nawet niezorientowany w temacie czytelnik musi zrozumieć o co chodzi. Wątki poboczne niepotrzebnie obciążają historię. Blog to idealne miejsce na takie wątki.
W skrócie.
Litwa przeprowadza reorganizację systemu edukacji. W jej ramach powstają m.in. czteroletnie gimnazja. Są jednak wyjątki i niektórym placówkom pozwolono zostać tzw. długim gimnazjum, czyli klasy 1-12 razem. Warunek? np. profilowa klasa. Polsko-rosyjska szkoła średnia im. J.Lelewela w Wilnie wybrała taką opcję.
Samorząd miasta Wilna zdecydował jednak, że zwróci się do ministerstwa z prośbą o akredytację i przyznanie statusu długiego gimnazjum (taka jest formalna ścieżka) dopiero, jeśli szkoła opuści swój dotychczasowy budynek. Jakie są argumenty litewskiej strony i jakie są dziury w argumentacji przeczytacie w moim tekście na wyborcza.pl.
Nie przekonuje mnie stanowisko miasta Wilna. Polacy są obywatelami Litwy i troska o litewskie dzieci kosztem polskich i rosyjskich to niewłaściwa polityka. Bez pokrycia okazują się tutaj deklaracje, które wielokrotnie słyszałam od litewskich urzędników, że chcieliby by Polacy czytali po polsku, nawet nie po litewsku, byle nie po rosyjsku i nie rosyjskie media.
Argumenty samorządu, że w budynku uczy się za mało uczniów, że dla dobra dziecka byłoby najlepiej, gdyby wszyscy w jednej szkole... Brzmi nieźle dopóki się nie pojedzie na miejsce. Jedno wielkie boisko dla wszystkich. Litwini uczący się w polskim budynku dostają tu wszystko czego potrzebują - stołówkę, salę gimnastyczną i klasy dla pięciu roczników. Nie ma mowy o żadnym kursowaniu między budynkami.
To jedna strona, ale jest też druga.
Polska edukacja na Litwie ma niewątpliwie problemy. Niezależnie ile dobrych statystyk zostanie przytoczonych, ilu to absolwentów trafia na studia, ilu zdobywa laury na olimpiadach, także w Polsce. Polskość trzyma się mocno, czasem tylko nie po polsku.
Polska szkoła to swoisty bastion (w końcu jest ostoją polskości od ZSRR) i często walczy się tutaj o każdą.
Sami dyrektorzy wileńskich szkół przyznali mi, że o ile na wsi powinno się utrzymywać placówkę za wszelką cenę, to w Wilnie przydałaby się dobra (jakaś) strategia. Polskie szkoły same stanowią dla siebie konkurencję. Nie ma przemyślanego schematu, by placówki wzajemnie wychowywały sobie uczniów i razem proponowały jakąś ścieżkę edukacji od malucha do maturzysty. Stąd m.in. też taki nacisk na tzw. długie gimnazjum - jak dziecko przyjdzie to zostanie na długo.
Polscy rodzice w Wilnie walczą obecnie m.in. o przywrócenie polskiego pionu w szkole podstawowej w wileńskiej Jerozolimce. Z portalu AWPL l24.lt dowiaduję się, że polski pion zniknął, ponieważ dyrektor i sekretariat szkoły skutecznie zniechęcał Polaków do zapisywania dzieci. Dwa zupełnie różne źródła twierdzą jednak, że polski pion zniknął, ponieważ rodzicom doradzano zapisywanie się do Lelewela, tego o którego budynek właśnie toczy się walka. W ten sposób próbowano polepszyć pozycję szkoły.
Od zawsze powtarzam, że doceniam to, że Polacy na Litwie protestują, bo litewski naród nie skory do tego. Polak za to wyjdzie i powie głośno, że się nie zgadza. Ma do tego prawo, choć na Litwie niektórzy lubią nazywać to nielojalnością.
Problemem jest Akcja Wyborcza Polaków na Litwie, która stoi za protestami. Nawet jeśli przyjmiemy, że rzeczywiście trudno na Litwie rozdzielić wpływy AWPL i Związku Polaków na Litwie. Politycy i działacze są też rodzicami, więc jasne - walczą o ich przyszłość. Mają prawo protestować. Politycy AWPL protestują jednak w pierwszym rzędzie i na mównicy.
Twarzą protestów jest Renata Cytacka, obecnie radna Wilna, w przeszłości wiceminister energetyki mianowana z klucza partyjnego. Obarczana za dymisję niezwykle lubianego i cenionego ministra Jarosława Niewierowicza. Litewskie media tak jej nie lubią, że jeździły do jej domu sprawdzać czy na pewno wywiesza flagi państwowe (prawo nakazuje) w święta. Pani Cytacka tłumaczy mi w tekście, że każdy kto walczy jest kontrowersyjny i że rodzice ją proszą. Czy jest ona jednak w stanie przekonać do swoich racji Litwinów i litewskie media? Być może nie to jest celem.
To, że AWPL robi szkołą niedźwiedzią przysługę, partia doskonale widzi. "W jedności siła" brzmi motto AWPL, a cóż tak nie jednoczy jak wspólny problem? Z drugiej strony rozwiązanie leży przecież na wyciągnięcie ręki - wystarczy spełnić postulaty mniejszości. Na taką dojrzałość Litwy przyjdzie nam jednak jeszcze poczekać.
W tym wszystkim jest jeszcze jedna wojenka - polsko-polska. AWPL tak upolityczniła i zawłaszczyła problem szkół polskich, że osoby niebędące zwolennikami AWPL skupiają się głównie na krytyce partii. Problem chociażby Lelewela jest przez nich bagatelizowany.
Tu przyznaję, że sama też, zanim dokładnie zbadałam sprawę, bagatelizowałam problem. Dopiero rozmowy z zainteresowanymi i słowa wicemera Wilna o robieniu miejsca dla litewskich dzieci, otworzyły mi oczy.
Tak, to tylko jedna szkoła, jeden budynek i to na dodatek nie ten historyczny, w którym uczył się Miłosz czy Jasienica. Niemniej sposób reorganizacji szkoły, brak konsultacji (no bo AWPL przecież) pokazuje, że Polacy nie są traktowani jako partnerzy.
Po przymusowym przeniesieniu szkoły średniej im. J.Lelewela cały Antokol, aż na południe do okolic dworca kolejowego, zostanie bez polskiej szkoły. Polscy dyrektorzy (nie tylko reorganizowanych szkół i nie tylko zwolennicy AWPL) przyznają zgodnie, że jest to cios dla polskiego szkolnictwa w stolicy. Tylko część rodziców zdecyduje się dowozić dziecko, parę przystanków rano w korku stanowi różnicę.
Kiedy pytam czemu tak mało polskich dzieci uczęszcza do polskich szkół nie słyszę wcale o Litwinach. Pierwsza odpowiedź jaka pada to kultura rosyjska - telewizja, gazety i rosnące poczucie dumy z Rosji i Putina.
Warszawa daje dużo więcej pieniędzy na polskie szkoły, ale co z tego.
Tymczasem moim rozmówcy, którzy nie sympatyzują z AWPL (wbrew pozorom udaje się takich znaleźć bardzo łatwo) mówią mi, że problemu nie ma. AWPL nakręca sprawę, a rodzice dowozić dzieci i tak będą.
sobota, 9 kwietnia 2016
Aborcja na Litwie. Inny świat
Dziś w Warszawie #dziewuchydziewychom, stąd ten wpis.
Na Litwie kwestia aborcji wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce, zarówno pod względem prawnym, jak i mentalnym.
Przerywanie ciąży dozwolone jest do 12 tyg., bez ograniczeń. Później tylko do 22 tyg. ze względu na zdrowie matki czy wady dziecka. Aborcja z powodów zdrowotnych jest bezpłatna, w pozostałych przypadkach - na koszt pacjentki. Archiwum internetowe pokazuje, że przed wprowadzeniem euro koszt aborcji wahał się w przedziale 60-140 litów. Dziś pierwsza z brzegu klinika podaje ceny od 150 do 190 euro. W państwowych szpitalach ceny są niższe. Zależy od tygodnia ciąży czy znieczulenia.
Temat ograniczenia prawa do aborcji co jakiś czas powraca, ale nigdy na taką skalę jak w Polsce. Przede wszystkim ze względu na Kościół. Hierarchowie na Litwie i nasi w Polsce są jak woda i ogień, dokładnie w tej kolejności. Kościół katolicki na Litwie nie zabiera tak często publicznie głosu w kwestiach politycznych i światopoglądowych, nie grozi ekskomunikami.
W maju 2013 roku, kiedy Akcja Wyborcza Polaków na Litwie wchodziła w skład koalicji rządzącej, do parlamentu litewskiego trafił jej projekt ograniczenia prawa do aborcji. AWPL proponowała, by aborcja była możliwa tylko do 12 tyg. ciąży i tylko w przypadku gwałtu.
AWPL regularnie co parę lat składa w litewskim sejmie propozycję ograniczenia aborcji. Projekt jest w dużym stopniu wzorowany na obecnej ustawie polskiej. W przeciwieństwie jednak do Polski, Kościół nie udziela otwartego poparcia AWPL ani wspierającym projekt konserwatystom. Nadal pozostaje raczej na uboczu.
Tzw. ruchy pro-life rozwijają się tutaj w dużo mniejszej skali. A i ich celem jest przede wszystkim zmniejszenie aborcji - za pomocą różnych środków (zależy od organizacji) - od konsultacji, po metody kontrolowania płodności polecane przez Kościół katolicki, abstynencję seksualną, ale też za pomocą edukacji seksualnej czy antykoncepcji. Niektórzy kładą też akcent na prawo kobiety do podejmowania decyzji w tej sprawie.
Są oczywiście akcje. Jak na przykład zeszłoroczne zapalenie światełek na Placu Ratuszowym (już trzeci raz), ale to nie pociąga za sobą tłumów i nie oznacza nacisków na rządzących.
(źródło zdjęcia)
– Wierzymy, że nasza akcja przyczyni się do uwrażliwienia ludzi na problem aborcji, a także stworzenia przyjaznego środowiska dla zachowania życia poczętego. Chcemy, żeby znikło wreszcie pojęcie, że aborcja to wybór i prawo kobiety. Kobieta jest warta o wiele więcej niż aborcja, a dziecko nie jest czyjąś własnością. Dlatego całe nasze społeczeństwo powinno pomóc poczętemu dziecku przeżyć życie jak najlepiej. Powstają różne ośrodki, które wyciągają pomocną dłoń kobiecie stojącej na rozdrożu. Tym bardziej, że wiele kobiet dokonuje aborcji ponieważ czuje się przymuszona m.in. przez mentalność środowiska, czy też rodzinę – tłumaczyła organizatorka Toma Bružaitė w rozmowie z "Tygodnikiem Wileńszczyzna".
Dyskusje na temat aborcji na Litwie są bardzo szerokie. Debatuje się nad sposobami przerywania ciąży i obowiązkiem konsultacji ginekologicznej czy psychologicznej przed decyzją o zabiegu. Jaki powinien być okres od decyzji do zabiegu, 72 godziny czy więcej. Czy mężczyzna powinien mieć prawo do współuczestniczenia w decyzji albo prawo do wiedzy o aborcji. Podejmuje się kwestię chorób dzieci, podnoszenia świadomości, że nie każda wada czy choroba dziecka oznacza jego rychłą śmierć lub wegetację po narodzinach, że medycyna idzie do przodu itd.
Rozkłada się też aborcję na części pierwsze dyskutując nad metodami przerywania ciąży, za pomocą jakich leków, czy konieczny jest szpital czy wizyta u ginekologa wystarczy. Nie brak oczywiście też pytań, kiedy pod sercem kobiety pojawia się człowiek.
Dane dotyczące liczby aborcji różnią się. Litewskie media najczęściej piszą 10 tys. aborcji rocznie. Departament statystyki podaje 5-6 tys. w 2011-2012 roku, w 2010 - 11 tys., a w 1990 - 50 tys. Nie zestawia się tego jednak z liczbą urodzeń, a i tu tendencja jest spadkowa.
Prawo odnośnie 12 tyg. pochodzi jeszcze z czasów sowieckich, ale co ciekawe jest to zaledwie rozporządzenie ministra. Prędzej czy później Litwa będzie musiała rozpocząć dyskusję na ten temat, by uregulować aborcję na poziomie ustawy. Póki co politycy aborcję wrzucają do tzw. worka "społeczeństwo nie jest na to gotowe", tuż obok kwestii związków partnerskich chociażby.
Więcej na ten temat aborcji na Litwie już wkrótce.
Na Litwie kwestia aborcji wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce, zarówno pod względem prawnym, jak i mentalnym.
Przerywanie ciąży dozwolone jest do 12 tyg., bez ograniczeń. Później tylko do 22 tyg. ze względu na zdrowie matki czy wady dziecka. Aborcja z powodów zdrowotnych jest bezpłatna, w pozostałych przypadkach - na koszt pacjentki. Archiwum internetowe pokazuje, że przed wprowadzeniem euro koszt aborcji wahał się w przedziale 60-140 litów. Dziś pierwsza z brzegu klinika podaje ceny od 150 do 190 euro. W państwowych szpitalach ceny są niższe. Zależy od tygodnia ciąży czy znieczulenia.
Temat ograniczenia prawa do aborcji co jakiś czas powraca, ale nigdy na taką skalę jak w Polsce. Przede wszystkim ze względu na Kościół. Hierarchowie na Litwie i nasi w Polsce są jak woda i ogień, dokładnie w tej kolejności. Kościół katolicki na Litwie nie zabiera tak często publicznie głosu w kwestiach politycznych i światopoglądowych, nie grozi ekskomunikami.
W maju 2013 roku, kiedy Akcja Wyborcza Polaków na Litwie wchodziła w skład koalicji rządzącej, do parlamentu litewskiego trafił jej projekt ograniczenia prawa do aborcji. AWPL proponowała, by aborcja była możliwa tylko do 12 tyg. ciąży i tylko w przypadku gwałtu.
AWPL regularnie co parę lat składa w litewskim sejmie propozycję ograniczenia aborcji. Projekt jest w dużym stopniu wzorowany na obecnej ustawie polskiej. W przeciwieństwie jednak do Polski, Kościół nie udziela otwartego poparcia AWPL ani wspierającym projekt konserwatystom. Nadal pozostaje raczej na uboczu.
Tzw. ruchy pro-life rozwijają się tutaj w dużo mniejszej skali. A i ich celem jest przede wszystkim zmniejszenie aborcji - za pomocą różnych środków (zależy od organizacji) - od konsultacji, po metody kontrolowania płodności polecane przez Kościół katolicki, abstynencję seksualną, ale też za pomocą edukacji seksualnej czy antykoncepcji. Niektórzy kładą też akcent na prawo kobiety do podejmowania decyzji w tej sprawie.
Są oczywiście akcje. Jak na przykład zeszłoroczne zapalenie światełek na Placu Ratuszowym (już trzeci raz), ale to nie pociąga za sobą tłumów i nie oznacza nacisków na rządzących.
(źródło zdjęcia)
– Wierzymy, że nasza akcja przyczyni się do uwrażliwienia ludzi na problem aborcji, a także stworzenia przyjaznego środowiska dla zachowania życia poczętego. Chcemy, żeby znikło wreszcie pojęcie, że aborcja to wybór i prawo kobiety. Kobieta jest warta o wiele więcej niż aborcja, a dziecko nie jest czyjąś własnością. Dlatego całe nasze społeczeństwo powinno pomóc poczętemu dziecku przeżyć życie jak najlepiej. Powstają różne ośrodki, które wyciągają pomocną dłoń kobiecie stojącej na rozdrożu. Tym bardziej, że wiele kobiet dokonuje aborcji ponieważ czuje się przymuszona m.in. przez mentalność środowiska, czy też rodzinę – tłumaczyła organizatorka Toma Bružaitė w rozmowie z "Tygodnikiem Wileńszczyzna".
Dyskusje na temat aborcji na Litwie są bardzo szerokie. Debatuje się nad sposobami przerywania ciąży i obowiązkiem konsultacji ginekologicznej czy psychologicznej przed decyzją o zabiegu. Jaki powinien być okres od decyzji do zabiegu, 72 godziny czy więcej. Czy mężczyzna powinien mieć prawo do współuczestniczenia w decyzji albo prawo do wiedzy o aborcji. Podejmuje się kwestię chorób dzieci, podnoszenia świadomości, że nie każda wada czy choroba dziecka oznacza jego rychłą śmierć lub wegetację po narodzinach, że medycyna idzie do przodu itd.
Rozkłada się też aborcję na części pierwsze dyskutując nad metodami przerywania ciąży, za pomocą jakich leków, czy konieczny jest szpital czy wizyta u ginekologa wystarczy. Nie brak oczywiście też pytań, kiedy pod sercem kobiety pojawia się człowiek.
Dane dotyczące liczby aborcji różnią się. Litewskie media najczęściej piszą 10 tys. aborcji rocznie. Departament statystyki podaje 5-6 tys. w 2011-2012 roku, w 2010 - 11 tys., a w 1990 - 50 tys. Nie zestawia się tego jednak z liczbą urodzeń, a i tu tendencja jest spadkowa.
Prawo odnośnie 12 tyg. pochodzi jeszcze z czasów sowieckich, ale co ciekawe jest to zaledwie rozporządzenie ministra. Prędzej czy później Litwa będzie musiała rozpocząć dyskusję na ten temat, by uregulować aborcję na poziomie ustawy. Póki co politycy aborcję wrzucają do tzw. worka "społeczeństwo nie jest na to gotowe", tuż obok kwestii związków partnerskich chociażby.
Więcej na ten temat aborcji na Litwie już wkrótce.
niedziela, 27 grudnia 2015
Litewski PR, czyli polscy przedsiębiorcy po stronie Litwy
Dla formalności przypomnę.
Problemy polskiej mniejszości na Litwie dotyczą przede wszystkim szkolnictwa, zwrotu ziemi, oryginalnej pisowni nazwisk w dokumentach czy podwójnego nazewnictwa ulic w miejscowościach z przeważającą liczbą polskich mieszkańców. Mimo napięć w tej kwestii nasze dwustronne relacje w innych obszarach nie wyglądają najgorzej. Wystarczy spojrzeć chociażby na kwestie związane z postawą wobec Rosji i wojną na Ukrainie.
Polityka wobec mniejszości nie przeszkadza też w nawiązywaniu relacji biznesowych. Przedsiębiorcy z obu stron chętnie podkreślają jak to im się dobrze współpracuje mimo napięć na linii Warszawa-Wilno.
Nie wiem ile dokładnie firm i małych przedsiębiorstw współpracuje z partnerami z Litwy. Mamy taki Orlen czy LOT i spółki pracujące w sektorze energetycznym oraz pełno średnich i małych firm z całą gamą działalności. Większość z nich przynajmniej raz w miesiącu ma kontakt ze stroną litewską. Siłą rzeczy temat mniejszości polskiej na Litwie pojawia się prędzej czy później.
Co jakiś czas rozmawiam właśnie z takimi Polakami współpracującymi z Litwinami, zarówno z drobnymi przedsiębiorcami, jak i trochę większymi, a także pracownikami administracji publicznej.
Kiedy w trakcie rozmowy pojawia się temat Wileńszczyzny prawie zawsze z ich ust słyszę litewską wykładnię. Przyjmują bezkrytycznie to co o mniejszości mówią im Litwini. Nie tylko przyjmują, ale i powtarzają dalej.
Na przykład, że polskie szkolnictwo na Litwie wcale nie jest w takiej złej sytuacji. Tzn. jest, ale tak jak litewskie. Zamykane są te szkoły, gdzie nie ma uczniów, a że są to akurat polskie szkoły to akurat przypadek. Jeśli w miejscowości, w której należałoby wyremontować placówkę mniejszości pojawia się nowa, piękna szkoła litewska to tylko powód do radości przecież. Tylko w kwestii ujednoliconej matury świeci się jakaś lampka, że wprowadzanie takiego samego egzaminu bez okresu przejściowego mogło być niewłaściwe.
Pisownia oryginalnych nazwisk? Przecież Litwini nie są przeciwni, sami proponują, że jak Polak chce to sobie może na którejś tam stronie w paszporcie napisać nazwisko tak jak mu się to podoba. A Polacy ciągle tylko na nie. Polityka.
Słucha się tego i własnym uszom nie wierzy, że można z taką lekkością przyjmować to wszystko.
Zakładam , że taki właściciel np. firmy przewozowej nie ma czasu na regularne czytanie gazety czy przeglądanie internetu pod kątem wiadomości na temat wydarzeń politycznych na Litwie. Jeśli dzieje się coś spektakularnego jak strajk to Litwa przebija się do telewizji, inaczej wcale.
Jedynym źródłem informacji pozostaje litewski partner, który zwykle powtórza "oficjalne" stanowisko Litwy i mediów. Niezależnie od tego czy osobiście jakiegoś Polaka zna (widział kiedyś) czy nie.
Niestety w pewnym momencie rozmowy zaczyna brakować argumentów, bo bardzo często pojawia się postać Waldemara Tomaszewskiego. Lidera AWPL w prostej linii łączy się z Rosjanami, z Moskwą. W omawianie szerszego kontekstu nikt się nie bawi. "No ale jak Polacy świętują z Rosjanami Dzień Zwycięstwa to co się dziwić".
Słucha się tego ze smutkiem. Gdyby sektor prywatny w swoich kontaktach trochę jednak w sprawie Polaków z Litwy lobbował, choćby tylko stawiając opór stanowisku ich litewskich kolegów, to może byłaby to kolejna kropla drążąca skałę. Póki co słychać tylko stwierdzenia, że biznes do polityki się nie miesza. Dlaczego więc tylu polskich przedsiębiorców przedstawia mi litewską wykładnię?!
środa, 16 grudnia 2015
Wizyta Morawieckiego na Litwie. Warto pochwalić.
W poniedziałek z okazji otwarcia mostu energetycznego Litwa-Polska do Wilna poleciał minister rozwoju Mateusz Morawiecki. Zaproszenie dostała premier Beata Szydło, więc Morawiecki na Litwie był raczej jako wicepremier niż minister i tak go też tytułowano.
Na dwie rzeczy chciałam zwrócić uwagę. Obie pozytywne.
Było dużo zamieszania z tą wizytą. Kiedy w zeszłym tygodniu pytałam czy Morawiecki spotka się z mniejszością polską na Litwie dostałam odpowiedź - nie ma takiego punktu programu. W poniedziałek jednak prosto z lotniska wicepremier pojechał do restauracji na wileńskiej starówce. Tam spotkał się z liderem Akcji Wyborczej Polaków na Litwie Waldemarem Tomaszewskim i Czesławem Okińczycem, biznesmenem, założycielem Radia znad Wilii, sygnatariuszem aktu niepodległości Litwy (najbardziej znaczący tytuł jaki można mieć w tym kraju) oraz doradcą premiera. Z inicjatywą wyszła Warszawa. Nie wiem kiedy, ale o samym spotkaniu miejscowe media dowiedziały się godzinę wcześniej.
Polska mniejszość na Litwie skarży się na problemy z oświatą, zwrotem ziemi, podwójnymi nazwami ulic czy oryginalną pisownią nazwisk w paszportach. Problem polega na tym, że przekaz z Wileńszczyzny zdominowany jest przez AWPL, tymczasem różne środowiska mają odmienne wizje rozwiązywania tych kwestii. Czasem bardzo skrajne. Tak to bywa. (Trochę na ten temat w poprzednim wpisie).
Tu jednak trzeba wspomnieć, że kierownictwo AWPL nie do końca przyjmuje do wiadomości, że ktoś może mieć odmienne zdanie. Króluje zasada kto nie znami, ten przeciwko nam, a krytyka równa się zdrada.
AWPL przez lata wyrobiło sobie silną pozycję w Warszawie jako jedyna reprezentacja mniejszości, jedyny jej głos. Uzasadniano to m.in. wyborami dzięki którym AWPL zdobywała władzę w samorządach, mandaty w sejmie, a niedawno nawet tekę ministra.
Warszawa przymykała oko na współpracę Polaków z Rosjanami (także prokremlowskimi) zwalając winę na Litwinów i ich dyskryminującą wobec mniejszości postawę. Do czasu wojny na Ukrainie.
Brak otwartej krytyki inwazji na Ukrainę ze strony Tomaszewskiego czy podważanie sensu Euromajdanu wywołało u niektórych polityków w Polsce irytację. Kiedy więc marszałek Bogdan Borusewicz gościł w Wilnie spotkał się m.in. z Polskim Klubem Dyskusyjnym dając w ten sposób wyraz, że dostrzega inne opcje niż AWPL. Ze strony polskiej partii spotkała go ostra krytyka łącznie z paszkwilem w internecie.
Kiedy PiS doszedł do władzy zapowiedziano nowe otwarcie w stosunkach polsko-litewskich. Różne myśli przychodziły do głowy, bo choć w MSZ pojawiły się takie osoby jak Żurawski vel Grajewski (tu wywiad z nim o Litwie), to i w Sejmie jest poseł Artur Górski, który obok ciekawych inicjatyw w jednym z wywiadów stwierdził, że to AWPL należy przede wszystkim słuchać w kwestiach Litwy.
W tym całym kontekście spotkanie wicepremiera Morawieckiego z Tomaszewskim i Okińczycem należy pochwalić. Bez zbędnej otoczki bukietów, hołdów i akademii zespołów ludowych. Krótka rozmowa, która ma nie tyle pokazać, że Warszawa stoi po czyjeś stronie, ale że dostrzega różne stanowiska i chce ze wszystkimi współpracować. Jak rozumiem dla dobra wszystkich Polaków na Litwie.
Czas pokaże czy Warszawa ma rzeczywiście pomysł na to tzw. nowe otwarcie.
Druga sprawa to oficjalne otwarcie połączenia energetycznego z Litwą. Miła uroczystość w Pałacu Władców. Silny akcent na bezpieczeństwo i niezależność. Przemawiali w tym tonie wszyscy po kolei prezydent Dalia Grybauskaite, premier Litwy oraz Estonii i Łotwy, a także nasz wicepremier. Przemówienie Morawieckiego (dużo pewnie dała swoboda wypowiadania się po angielsku) było życzliwe. Tak po prostu. Morawiecki kładł nacisk jak ważna jest współpraca między sąsiadami, w szerokim kontekście też krajów bałtyckich, jak to za konflikty odpowiedzialny jest kraj spoza UE. Wyraził też gotowość do rozmów na temat synchronizacji Litwy (litewskie sieci nadal zsynchronizowane są z Rosją), a jak wiadomo Polska strona do tej pory skora do tego jakoś wyraźnie nie była.
Przyzwyczajona jestem, że ze spotkań polsko-litewskich mało co wynika (relacje pozostają bez zmian i sytuacja mniejszości, Orlenu etc. też) odnotowuję tylko, że było miło. Nie zawsze jest.
Na marginesie, to o czym wspominałam na Twitterze. Pierwszy raz w ciągu tych ostatnich już ponad pięciu lat jak śledzę z bliska nasze relacje, litewskie media nie były zainteresowane wicepremierem Polski. Przybył pierwszy członek nowego rządu, z kraju z którego mniejszością "są kłopoty", ale co ważniejsze z sąsiedniego kraju, w którym dzieje się teraz co się dzieje. Niezależnie od tego jak ocenia się te wydarzenia, komentarz z pierwszej ręki jest czymś cennym. A tu nic.
wtorek, 24 listopada 2015
Polak na Litwie swój rozum ma
CZĘŚĆ I PiS i AWPL - groteska
Poniżej zapowiadany ciąg dalszy.
Przyjęło się zakładać, że mniejszość polska to jakaś tam masa, która tylko oczekuje pomocy Warszawy. Jakiegoś tupnięcia nogą, które zrobi porządek z Litwinami. Dopiero w obliczu konfliktu na Ukrainie zaczęto publicznie dyskutować o roli rosyjskiej propagandy. Tymczasem Polacy na Litwie od lat oglądają przede wszystkim kremlowskie kanały. Nie ma się co dziwić, bo do wyboru mają TV Polonię i telewizje litewskie. Wszystko tak samo nudne i niestety w wielu przypadkach, tak samo niezrozumiałe. Owszem, dobrze by było, by Polacy na Litwie mieli dostęp do szeregu bezpłatnych polskich kanałów, ale to nie rozwiąże problemów.
Pisałam to już kiedyś. Nie traktujmy Polaków na Litwie jak małych dzieci. Nawet jeśli tego oczekują. Nie trzeba zawsze wszystkiego wpychać do ręki. Każdy ma swój rozum. Nie każdego stać na talerz satelitarny, by zapewnić sobie dostęp do polskich stacji. Jasne, ale to czy łyka przekaz, że Putin jest wybawcą Krymu w dużej mierze zależy od człowieka i jego środowiska. Jeśli czołowi lokalni politycy będą tłumaczyć, że Krym nie jest ukraiński, to polska telewizja nikogo nie przekona.
Prawa polskiej mniejszości nie będą na Litwie respektowane dopóki Litwa na to nie pozwoli. To kiedy tak się stanie, jeśli w ogóle zależy od kogoś poza politykami w Wilnie, to zależy od samej mniejszości. To Polacy na Litwie decydują z kim się kontaktują, czy z prokremlowskimi Rosjanami czy środowiskami z Korony, którzy malują na murach napisy "Wilno nasze".
Nie mam gotowej recepty jak zmienić Litwinów. W pamięci narodowej pielęgnuje się wiele tragicznych wydarzeń, które mają jednoczyć społeczeństwo. Są to wydarzenia wielkiej wagi jak atak armii radzieckiej na obrońców wieży telewizyjnej, ale i postawa Polaków podczas głosowania nad przywróceniem niepodległości. Z pozoru nic nie znaczące negatywne przykłady dotyczące Polski znajduje się jeszcze w podręcznikach do historii.
Korespondent czołowego dziennika litewskiego w Warszawie w święto 11 listopada napisał oburzony tekst, że przed pałacem prezydenckim stoi wystawa - zdjęcie mapy II Rzeczpospolitej (patrz polskie Wilno). Czy naprawdę jest się o co oburzać i powtarzać, że Polska powinna przeprosić za okupację Wilna?
Moje najmilsze wspomnienie z Litwy dotyczy pracy nad wywiadami do "Dużego Formatu". Moim najwspanialszym rozmówcą w ciągu wszystkich lat była autorka kryminałów Birutė Mackonytė (rocznik 1928), jak mówi córka Polakożercy. Nikt nie mówił do mnie piękniejszą polszczyzną niż ta Litwinka i też nikt nie wyrażał się cieplej o Polsce. Wklejam część rozmowy z nią, na koniec. (dla wątpiących - nie idealizuję polityki Warszawy wobec Litwinów w czasie II RP).
- Urodziłam się w 1928 roku. Dzieciństwo spędziłam w tym domu na Zwierzyńcu, mój ojciec wybudował go w 1936 roku. Odzyskaliśmy go niedawno. Przed wojną na tej ulicy oprócz nas mieszkali sami Polacy i myśmy się wszyscy razem bawili. Nie było pytań, czy ja jestem Litwinka, czy Polka, wszyscy rozmawialiśmy po polsku i zabawy po polsku były. Do tej pory pamiętam: "Dzień dobry, panie królu. Dzień dobry, dziatki. Gdzieście były, coście robiły...". Nie wiem, czy takie zabawy w Polsce jeszcze są.
Czyli polskiego nauczyła się pani na podwórku, od dzieci?
- Nie. Od pierwszych lat mojego życia język polski był naokoło, i w sklepach, i wszędzie, gdzie chodziłam, i na ulicy. Potem w szkole był język polski. Zdaje mi się, że jedna lekcja codziennie. To był język państwowy i tego się uczyliśmy. A nigdy nie zapomniałam go, bo w czasach sowieckich jedyna prasa taka bardziej zachodnia to była polska prasa. Dostawaliśmy wszystkie czasopisma i gazety, "Przekrój" i "Kobieta i Życie". "Życie Literackie" cały czas czytałam.
Kiedyś jeden polski historyk, którego spotkałam na jakiejś konferencji, się śmiał, że córka "polakożercy" tak świetnie mówi po polsku. Bo mój ojciec przecież był litewskim działaczem antypolskim.
Jak więc wyglądało życie córki "polakożercy" w czasie polskiej okupacji?
- Absolutnie normalnie. Czy to była prawdziwa okupacja? Historycznie tak. To jest pogląd historyków. Nie ma wątpliwości, że było prześladowanie szkół litewskich i Litwinów. Kiedyś spytałam historyka z Polski, dlaczego tak prześladowano Litwinów. Odpowiedział: proszę pani, to dlatego, że Polska nie była pewna swojej państwowości, więc trzeba było tę państwowość cały czas potwierdzać.
Pani ojciec nie raz był aresztowany. Pamięta pani, za jakie artykuły?
- W Wilnie wychodziło kilka gazet litewskich. Ojciec pisał artykuły, właściwie nie antypolskie, lecz o prześladowaniach. Dotyczyły one też najważniejszego pytania: czym jest Wilno. Czy to kresowe miasto Polski, czy stolica Litwy. Chyba trzy razy trafił za nie do aresztu na kilka tygodni, miesiąc.
Ale to wszystko było bardzo zawiłe. Piłsudski, zdaje się w 1922 roku, przemawiał do wilnian w teatrze wileńskim. Mowa była bardzo ciekawa, emocjonalna, powiedział, że Wilno jest wybudowane rękami i głowami Litwinów. ["Wilno wstępuje obecnie w nowe życie, życie, które formuje się inaczej niż to, jakie dawała historyczna jego przeszłość; Wilno, wyniesione do rzędu stolic () nie ręką polską, lecz podczas wielkich wysiłków narodu litewskiego"]. To pogląd Piłsudskiego na Wilno. O tym też się dyskutuje, bo on przecież tak kochał Litwę, w której jego przodkowie mieszkali. Czytaliśmy o tym, uczyliśmy się, jak on koniecznie chciał i marzył, żeby Wilno przynależało do Polski. Z tej miłości.
Mimo tych rodzinnych doświadczeń pani przychylnie wypowiada się o Polakach.
- Kiedy się spotykamy z Polakami, zawsze zbliża nas to, że jesteśmy obywatelami Wilna, jesteśmy wilnianami. Wilno ma swoją aurę, swoje tajemnice, nie zawsze zrozumiałe dla Polaków z Korony. Naprawdę trudno tu zrozumieć, kto jest zlituanizowany, a kto spolszczony. Nawet papież, kiedy tutaj był, też się tak wyraził, że mieszkają tutaj Polacy z krwią litewską i Litwini z krwią polską.
Gdyby inteligencja polska w Wilnie została, byłoby troszkę inaczej. Ale musieli wyjechać, bo okupacja sowiecka była straszna. Z jednej strony Syberia, więzienie, rozstrzelania, z drugiej takie prześladowanie moralne. Ani pani, ani nawet mój syn, który ma już prawie 60 lat, nie możecie sobie wyobrazić sowieckiej rzeczywistości. Jedyna książka, w której można o tym przeczytać, to jest "Rok 1984" Orwella. To jedyna powieść, gdzie znalazłam taką atmosferę.
Skąd więc te współczesne konflikty?
- Inteligencja polska wyjechała, a zostali ci, którzy żyli wokół Wilna. Niektórym bardzo trudno było przejść na język litewski. I mieli te same aspiracje narodowe jak kiedyś Litwini. I ten sam sprzeciw wobec wszystkiego co "nie nasze".
Kiedyś to chyba była też gra polityczna Sowietów, żeby skłócić Polaków z Litwinami. Teraz to jest wojna ambicji ludzi, którzy mają władzę. Z jednej i z drugiej strony. Dla każdego polityka gra o przeszłość to jednocześnie gra o przyszłość.
Poniżej zapowiadany ciąg dalszy.
Przyjęło się zakładać, że mniejszość polska to jakaś tam masa, która tylko oczekuje pomocy Warszawy. Jakiegoś tupnięcia nogą, które zrobi porządek z Litwinami. Dopiero w obliczu konfliktu na Ukrainie zaczęto publicznie dyskutować o roli rosyjskiej propagandy. Tymczasem Polacy na Litwie od lat oglądają przede wszystkim kremlowskie kanały. Nie ma się co dziwić, bo do wyboru mają TV Polonię i telewizje litewskie. Wszystko tak samo nudne i niestety w wielu przypadkach, tak samo niezrozumiałe. Owszem, dobrze by było, by Polacy na Litwie mieli dostęp do szeregu bezpłatnych polskich kanałów, ale to nie rozwiąże problemów.
Pisałam to już kiedyś. Nie traktujmy Polaków na Litwie jak małych dzieci. Nawet jeśli tego oczekują. Nie trzeba zawsze wszystkiego wpychać do ręki. Każdy ma swój rozum. Nie każdego stać na talerz satelitarny, by zapewnić sobie dostęp do polskich stacji. Jasne, ale to czy łyka przekaz, że Putin jest wybawcą Krymu w dużej mierze zależy od człowieka i jego środowiska. Jeśli czołowi lokalni politycy będą tłumaczyć, że Krym nie jest ukraiński, to polska telewizja nikogo nie przekona.
Prawa polskiej mniejszości nie będą na Litwie respektowane dopóki Litwa na to nie pozwoli. To kiedy tak się stanie, jeśli w ogóle zależy od kogoś poza politykami w Wilnie, to zależy od samej mniejszości. To Polacy na Litwie decydują z kim się kontaktują, czy z prokremlowskimi Rosjanami czy środowiskami z Korony, którzy malują na murach napisy "Wilno nasze".
Nie mam gotowej recepty jak zmienić Litwinów. W pamięci narodowej pielęgnuje się wiele tragicznych wydarzeń, które mają jednoczyć społeczeństwo. Są to wydarzenia wielkiej wagi jak atak armii radzieckiej na obrońców wieży telewizyjnej, ale i postawa Polaków podczas głosowania nad przywróceniem niepodległości. Z pozoru nic nie znaczące negatywne przykłady dotyczące Polski znajduje się jeszcze w podręcznikach do historii.
Korespondent czołowego dziennika litewskiego w Warszawie w święto 11 listopada napisał oburzony tekst, że przed pałacem prezydenckim stoi wystawa - zdjęcie mapy II Rzeczpospolitej (patrz polskie Wilno). Czy naprawdę jest się o co oburzać i powtarzać, że Polska powinna przeprosić za okupację Wilna?
Moje najmilsze wspomnienie z Litwy dotyczy pracy nad wywiadami do "Dużego Formatu". Moim najwspanialszym rozmówcą w ciągu wszystkich lat była autorka kryminałów Birutė Mackonytė (rocznik 1928), jak mówi córka Polakożercy. Nikt nie mówił do mnie piękniejszą polszczyzną niż ta Litwinka i też nikt nie wyrażał się cieplej o Polsce. Wklejam część rozmowy z nią, na koniec. (dla wątpiących - nie idealizuję polityki Warszawy wobec Litwinów w czasie II RP).
- Urodziłam się w 1928 roku. Dzieciństwo spędziłam w tym domu na Zwierzyńcu, mój ojciec wybudował go w 1936 roku. Odzyskaliśmy go niedawno. Przed wojną na tej ulicy oprócz nas mieszkali sami Polacy i myśmy się wszyscy razem bawili. Nie było pytań, czy ja jestem Litwinka, czy Polka, wszyscy rozmawialiśmy po polsku i zabawy po polsku były. Do tej pory pamiętam: "Dzień dobry, panie królu. Dzień dobry, dziatki. Gdzieście były, coście robiły...". Nie wiem, czy takie zabawy w Polsce jeszcze są.
Czyli polskiego nauczyła się pani na podwórku, od dzieci?
- Nie. Od pierwszych lat mojego życia język polski był naokoło, i w sklepach, i wszędzie, gdzie chodziłam, i na ulicy. Potem w szkole był język polski. Zdaje mi się, że jedna lekcja codziennie. To był język państwowy i tego się uczyliśmy. A nigdy nie zapomniałam go, bo w czasach sowieckich jedyna prasa taka bardziej zachodnia to była polska prasa. Dostawaliśmy wszystkie czasopisma i gazety, "Przekrój" i "Kobieta i Życie". "Życie Literackie" cały czas czytałam.
Kiedyś jeden polski historyk, którego spotkałam na jakiejś konferencji, się śmiał, że córka "polakożercy" tak świetnie mówi po polsku. Bo mój ojciec przecież był litewskim działaczem antypolskim.
Jak więc wyglądało życie córki "polakożercy" w czasie polskiej okupacji?
- Absolutnie normalnie. Czy to była prawdziwa okupacja? Historycznie tak. To jest pogląd historyków. Nie ma wątpliwości, że było prześladowanie szkół litewskich i Litwinów. Kiedyś spytałam historyka z Polski, dlaczego tak prześladowano Litwinów. Odpowiedział: proszę pani, to dlatego, że Polska nie była pewna swojej państwowości, więc trzeba było tę państwowość cały czas potwierdzać.
Pani ojciec nie raz był aresztowany. Pamięta pani, za jakie artykuły?
- W Wilnie wychodziło kilka gazet litewskich. Ojciec pisał artykuły, właściwie nie antypolskie, lecz o prześladowaniach. Dotyczyły one też najważniejszego pytania: czym jest Wilno. Czy to kresowe miasto Polski, czy stolica Litwy. Chyba trzy razy trafił za nie do aresztu na kilka tygodni, miesiąc.
Ale to wszystko było bardzo zawiłe. Piłsudski, zdaje się w 1922 roku, przemawiał do wilnian w teatrze wileńskim. Mowa była bardzo ciekawa, emocjonalna, powiedział, że Wilno jest wybudowane rękami i głowami Litwinów. ["Wilno wstępuje obecnie w nowe życie, życie, które formuje się inaczej niż to, jakie dawała historyczna jego przeszłość; Wilno, wyniesione do rzędu stolic () nie ręką polską, lecz podczas wielkich wysiłków narodu litewskiego"]. To pogląd Piłsudskiego na Wilno. O tym też się dyskutuje, bo on przecież tak kochał Litwę, w której jego przodkowie mieszkali. Czytaliśmy o tym, uczyliśmy się, jak on koniecznie chciał i marzył, żeby Wilno przynależało do Polski. Z tej miłości.
Mimo tych rodzinnych doświadczeń pani przychylnie wypowiada się o Polakach.
- Kiedy się spotykamy z Polakami, zawsze zbliża nas to, że jesteśmy obywatelami Wilna, jesteśmy wilnianami. Wilno ma swoją aurę, swoje tajemnice, nie zawsze zrozumiałe dla Polaków z Korony. Naprawdę trudno tu zrozumieć, kto jest zlituanizowany, a kto spolszczony. Nawet papież, kiedy tutaj był, też się tak wyraził, że mieszkają tutaj Polacy z krwią litewską i Litwini z krwią polską.
Gdyby inteligencja polska w Wilnie została, byłoby troszkę inaczej. Ale musieli wyjechać, bo okupacja sowiecka była straszna. Z jednej strony Syberia, więzienie, rozstrzelania, z drugiej takie prześladowanie moralne. Ani pani, ani nawet mój syn, który ma już prawie 60 lat, nie możecie sobie wyobrazić sowieckiej rzeczywistości. Jedyna książka, w której można o tym przeczytać, to jest "Rok 1984" Orwella. To jedyna powieść, gdzie znalazłam taką atmosferę.
Skąd więc te współczesne konflikty?
- Inteligencja polska wyjechała, a zostali ci, którzy żyli wokół Wilna. Niektórym bardzo trudno było przejść na język litewski. I mieli te same aspiracje narodowe jak kiedyś Litwini. I ten sam sprzeciw wobec wszystkiego co "nie nasze".
Kiedyś to chyba była też gra polityczna Sowietów, żeby skłócić Polaków z Litwinami. Teraz to jest wojna ambicji ludzi, którzy mają władzę. Z jednej i z drugiej strony. Dla każdego polityka gra o przeszłość to jednocześnie gra o przyszłość.
czwartek, 19 listopada 2015
PiS i AWPL - groteska
Nowa władza w Polsce sprawiła, że znowu wypłynął temat stosunków polsko-litewskich. Miło sobie porozmawiać, ponarzekać i pogrozić jak to nie będziemy poświęcać interesów polskiej mniejszości, ale w naszych relacjach nic się nie zmieni.
Niezależnie od tego jak bardzo uprzemy się przy twierdzeniu, że Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zbija kapitał na konflikcie z władzą, to za obecną sytuację odpowiedzialna jest przede wszystkim Litwa. Oryginalnej pisowni nazwisk czy zwrotu ziemi nie doczekamy się, dopóki w litewskiej elicie politycznej nie dojdzie do zmiany. Już niejeden polityk w Wilnie obiecywał realizację postulatów polskiej mniejszości ściskając dłoń gościa z Warszawy. Nie widzę powodu by wierzyć kolejnym deklaracjom, jeśli takowe w ogóle będą. Sytuacja bowiem się trochę bardziej skomplikowała.
AWPL od lat w wyborach startuje z Aliansem Rosjan. Wszyscy przymykali na to oko tłumacząc, że to Litwini pchają Polaków w ręce Rosjan. Trudno jednak trzymać się tej wersji, kiedy lider AWPL Waldemar Tomaszewski publicznie twierdzi, że Krym jest rosyjski i razem z Rosjanami świętuje Dzień Zwycięstwa.
Pojawiły się więc głosy, że Warszawa powinna upomnieć Tomaszewskiego, przywrócić do pionu czy też pozbawić finansowania. Tylko pytanie - Warszawa czyli właściwie kto? MSZ, sejm, senat, prezydent Polski? Skoro na każdym kroku podkreślamy, że Tomaszewski jest litewskim politykiem, niezależnym, niesterowanym przez Warszawę, to na jakiej podstawie Warszawa ma go upominać?
Jeśli naniesiemy to na obecne realia. Do władzy doszedł PiS, który za Polakami na Litwie zwykle stoi murem, który wprawdzie Niemcom w Polsce podwójnego nazewnictwa żałuje, ale za takowe na Wileńszczyźnie jest nawet w stanie płacić kary. PiS, który ma jasne stanowisko wobec Rosji i wydarzeń na Ukrainie zaprasza Tomaszewskiego - negującego Majdan - na swój wieczór wyborczy. Kaczyński ściskający rękę Tomaszewskiego to groteska przecież.
Więc może odcięcie od finansowania lidera AWPL, jak sugerują niektórzy? Różne osoby ze środowiska mniejszości polskiej na Litwie od lat narzekają, że pieniądze z Polski trafiają do tych samych podmiotów. To są dobrze utarte ścieżki i dobrze znające się osoby. W ocenia dających i pobierających finansowanie system ten działa prawidłowo. Odcinanie Tomaszewskiego od pieniędzy godziłoby w ich własne interesy. Szanse na zmiany znikome.
Na Litwie mieszka blisko 200 tys. Polaków (trochę to umowna liczba), 6 proc. społeczeństwa Litwy. To miasto wielkości Torunia. Mówiąc o mniejszości często traktujemy ją jak jednolitą masę. Przyznaję, że z braku miejsca często się też tak pisze w gazetach. Chodzi przecież głównie o kwestie praw mniejszości, więc piszemy Polakom zabrania się tego i owego etc.
Tymczasem te 200 tys. to niesamowita mieszanina osób z bardzo różnymi doświadczeniami odnośnie Polski, z różnymi światopoglądami. Są tacy, którzy studiowali w Polsce, kończyli polskie szkoły w Wilnie, którzy wychowując się na Litwie byli na bieżąco z tym co działo się u nas w kraju. Cała masa osób jednak dorastała nie w polskiej czy litewskiej kulturze, ale sowieckiej, a później rosyjskiej. Przy całej mojej sympatii dla mniejszości polskiej na Litwie. Chodziłam na wiece w obronie polskiego szkolnictwa na Litwie i nieraz nie rozumiałam dialogów młodzieży. Przekonana, że to Rosjanie dopytywałam o szkołę i zawsze okazywało się, że to uczniowie polskiej placówki.
Przebudzenie, że na mniejszość polską może należy spojrzeć inaczej, przyszło kiedy AWPL weszła do rządu. Wtedy pojawiły się projekty ustaw o ochronie życia poczętego czy kwestie religii w szkołach. Co niektórzy w Polsce ze zdziwienia przecierali oczy, że wspieramy (my jako Polska) takich konserwatystów czy nawet jak to niektórzy pisali "ciemnogród". AWPL tymczasem nigdy nie kryło swoich poglądów. Chrystus już parę lat temu został koronowany na Króla Wileńszczyzny, a Tomaszewski w każdym wywiadzie powołuje się na Jana Pawła II. Jeśli Polak to jasne jest, że katolik. Koniec i kropka. To co tak niektórych bulwersowało wtedy w Polsce, nie było niczym nowym dla czytelników "Naszego Dziennika". Dla środowisk prawicowych Polacy na Litwie są ostoją chrześcijaństwa, wiary ojców itd. Znowu jednolita masa.
To co zdaje się przechodzić zupełnie cichaczem w Polsce to współpraca młodzieży polskiej z Litwy z Młodzieżą Wszechpolską i Ruchem Narodowym. Narodowcom z Polski nie przeszkadzało, że na protest w obronie polskich szkół w Wilnie nikt z organizatorów ich nie zapraszał. Ba, nawet proszono by nie przyjeżdżali. Przyjechali. Szli na końcu parotysięcznego tłumu. Pasowali tam jak pięść do nosa, bo jak AWPL robi protesty to jest z góry narzucony szyk i styl. Liczyło się jednak, że przyjechali. Regularnie bywają na Litwie rozdając chociażby polskie flagi ludziom wychodzącym z niedzielnej mszy. Spotykają się utworzoną na Litwie Młodzieżą Patriotyczną. Osoby o bardzo jasnych poglądach (pozwolicie, że nie będę wyrażać tu swojej oceny) potrafiły znaleźć drogę (nie bez inicjatywy samych zainteresowanych) do młodzieży na Litwie. Nawiązać współpracę i przekazać sporą część swoich poglądów.
CDN.
Niezależnie od tego jak bardzo uprzemy się przy twierdzeniu, że Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zbija kapitał na konflikcie z władzą, to za obecną sytuację odpowiedzialna jest przede wszystkim Litwa. Oryginalnej pisowni nazwisk czy zwrotu ziemi nie doczekamy się, dopóki w litewskiej elicie politycznej nie dojdzie do zmiany. Już niejeden polityk w Wilnie obiecywał realizację postulatów polskiej mniejszości ściskając dłoń gościa z Warszawy. Nie widzę powodu by wierzyć kolejnym deklaracjom, jeśli takowe w ogóle będą. Sytuacja bowiem się trochę bardziej skomplikowała.
AWPL od lat w wyborach startuje z Aliansem Rosjan. Wszyscy przymykali na to oko tłumacząc, że to Litwini pchają Polaków w ręce Rosjan. Trudno jednak trzymać się tej wersji, kiedy lider AWPL Waldemar Tomaszewski publicznie twierdzi, że Krym jest rosyjski i razem z Rosjanami świętuje Dzień Zwycięstwa.
Pojawiły się więc głosy, że Warszawa powinna upomnieć Tomaszewskiego, przywrócić do pionu czy też pozbawić finansowania. Tylko pytanie - Warszawa czyli właściwie kto? MSZ, sejm, senat, prezydent Polski? Skoro na każdym kroku podkreślamy, że Tomaszewski jest litewskim politykiem, niezależnym, niesterowanym przez Warszawę, to na jakiej podstawie Warszawa ma go upominać?
Jeśli naniesiemy to na obecne realia. Do władzy doszedł PiS, który za Polakami na Litwie zwykle stoi murem, który wprawdzie Niemcom w Polsce podwójnego nazewnictwa żałuje, ale za takowe na Wileńszczyźnie jest nawet w stanie płacić kary. PiS, który ma jasne stanowisko wobec Rosji i wydarzeń na Ukrainie zaprasza Tomaszewskiego - negującego Majdan - na swój wieczór wyborczy. Kaczyński ściskający rękę Tomaszewskiego to groteska przecież.
Więc może odcięcie od finansowania lidera AWPL, jak sugerują niektórzy? Różne osoby ze środowiska mniejszości polskiej na Litwie od lat narzekają, że pieniądze z Polski trafiają do tych samych podmiotów. To są dobrze utarte ścieżki i dobrze znające się osoby. W ocenia dających i pobierających finansowanie system ten działa prawidłowo. Odcinanie Tomaszewskiego od pieniędzy godziłoby w ich własne interesy. Szanse na zmiany znikome.
Na Litwie mieszka blisko 200 tys. Polaków (trochę to umowna liczba), 6 proc. społeczeństwa Litwy. To miasto wielkości Torunia. Mówiąc o mniejszości często traktujemy ją jak jednolitą masę. Przyznaję, że z braku miejsca często się też tak pisze w gazetach. Chodzi przecież głównie o kwestie praw mniejszości, więc piszemy Polakom zabrania się tego i owego etc.
Tymczasem te 200 tys. to niesamowita mieszanina osób z bardzo różnymi doświadczeniami odnośnie Polski, z różnymi światopoglądami. Są tacy, którzy studiowali w Polsce, kończyli polskie szkoły w Wilnie, którzy wychowując się na Litwie byli na bieżąco z tym co działo się u nas w kraju. Cała masa osób jednak dorastała nie w polskiej czy litewskiej kulturze, ale sowieckiej, a później rosyjskiej. Przy całej mojej sympatii dla mniejszości polskiej na Litwie. Chodziłam na wiece w obronie polskiego szkolnictwa na Litwie i nieraz nie rozumiałam dialogów młodzieży. Przekonana, że to Rosjanie dopytywałam o szkołę i zawsze okazywało się, że to uczniowie polskiej placówki.
Przebudzenie, że na mniejszość polską może należy spojrzeć inaczej, przyszło kiedy AWPL weszła do rządu. Wtedy pojawiły się projekty ustaw o ochronie życia poczętego czy kwestie religii w szkołach. Co niektórzy w Polsce ze zdziwienia przecierali oczy, że wspieramy (my jako Polska) takich konserwatystów czy nawet jak to niektórzy pisali "ciemnogród". AWPL tymczasem nigdy nie kryło swoich poglądów. Chrystus już parę lat temu został koronowany na Króla Wileńszczyzny, a Tomaszewski w każdym wywiadzie powołuje się na Jana Pawła II. Jeśli Polak to jasne jest, że katolik. Koniec i kropka. To co tak niektórych bulwersowało wtedy w Polsce, nie było niczym nowym dla czytelników "Naszego Dziennika". Dla środowisk prawicowych Polacy na Litwie są ostoją chrześcijaństwa, wiary ojców itd. Znowu jednolita masa.
To co zdaje się przechodzić zupełnie cichaczem w Polsce to współpraca młodzieży polskiej z Litwy z Młodzieżą Wszechpolską i Ruchem Narodowym. Narodowcom z Polski nie przeszkadzało, że na protest w obronie polskich szkół w Wilnie nikt z organizatorów ich nie zapraszał. Ba, nawet proszono by nie przyjeżdżali. Przyjechali. Szli na końcu parotysięcznego tłumu. Pasowali tam jak pięść do nosa, bo jak AWPL robi protesty to jest z góry narzucony szyk i styl. Liczyło się jednak, że przyjechali. Regularnie bywają na Litwie rozdając chociażby polskie flagi ludziom wychodzącym z niedzielnej mszy. Spotykają się utworzoną na Litwie Młodzieżą Patriotyczną. Osoby o bardzo jasnych poglądach (pozwolicie, że nie będę wyrażać tu swojej oceny) potrafiły znaleźć drogę (nie bez inicjatywy samych zainteresowanych) do młodzieży na Litwie. Nawiązać współpracę i przekazać sporą część swoich poglądów.
CDN.
czwartek, 15 maja 2014
środa, 1 stycznia 2014
Rok 2013
Koniec roku zmobilizował co niektórych do podsumowania relacji polsko-litewskich. Chcąc nie chcąc wypada dorzucić swoje trzy grosze.
Jerzy Haszczyński napisał na łamach "Rzeczpospolitej", że relacje na linii Warszawa-Wilno znowu uległy pogorszeniu. Ośmielę się stwierdzić, że nie zdążyły się nawet polepszyć. Od lat tkwią w tym samym punkcie i bynajmniej nic się nie zmieniło po ostatnich wyborach parlamentarnych.
Kiedy Akcja Wyborcza Polaków na Litwie stworzyła własną frakcję w parlamencie i weszła w skład koalicji rządzącej, wszyscy pisaliśmy o nadziei. Nadziei na nowe otwarcie, zmiany i poprawę relacji. Przesadziliśmy.
W minionym roku tak ważne kwestie dla Polaków jak zwrot ziemi czy ustawa o mniejszościach nie zostały rozwiązane. Gorzej, zmniejszono choćby ulgi dla maturzystów.
Mówi się, że prezydencja Litwy była szansą na poprawę relacji. Nie do końca. W kwestiach międzynarodowych Wilno z Warszawą się przecież zwykle zgadza. Oba kraje potrafią trzymać jedną linię jeśli chodzi o Gruzję czy Ukrainę, a kiedy Rosja wypowiedziała ostatnio wojnę Litwie to nawet prezydent Grybauskaite bez zbędnych komentarzy pojawiła się na Dniu Niepodległości w Warszawie. Kością niezgody, przemilczaną tylko podczas prezydencji, pozostały kwestie mniejszości. Tu się generalnie nic nie zmienia.
Nie zgodzę się jednak, że brak postępu w tej kwestii wynika z czystej niechęci wobec Polaków czy innych narodowości. Owszem, na Litwie mniejszości liczą się zwykle, kiedy mowa o liczbie ludności. Kiedy Litwin mówi "są nas tylko trzy miliony", wtedy ponad 200 tys. Polaków zalicza się do owego "my". Kiedy jednak mowa o prawach owych 6 proc. społeczeństwa...jest już problem. Prawa mniejszości nie są respektowane jednak też z innych względów.
"Najbardziej nie podoba mi się to, że Litwa bardzo szybko podpisuje wszelkie konwencje i dyrektywy, bo wtedy wyglądamy dobrze na arenie międzynarodowej. Ale później staramy się na wszelkie sposoby nie wywiązywać się z zobowiązań. Są przyjmowane poprawki do ustaw, które nie są zgodne z wymogami dyrektyw oraz konwencji” mówiła w październiku Aušrinė Burneikienė, której stanowisko Radio znad Wilii tłumaczy jako kontroler ds. Równych Możliwości. „W ten sposób ośmieszamy się i nie odpowiadamy wymogom demokratycznego państwa”, wyjaśniała. Coś w tym jest. Do tego bardzo często w litewskim parlamencie widać brak ciągłości między poszczególnymi rządami, widać to w kontekście wydobycia gazu łupkowego czy nowej atomówki.
Nawet kiedy już propozycja ustawy o mniejszościach pojawiła się w parlamencie (przedstawiona przez rząd) to konserwatyści wyskoczyli z projektem, który nawet nie spełniał norm międzynarodowych. Ot tak, a co. Szef konserwatystów, były premier Kubilius jeszcze jako szef rządu mówił, że nie widzi chociażby problemu z oryginalną pisownią nazwisk (tak, wiem, politykował), teraz walczy z dwujęzycznymi tabliczkami na domach jak z diabłem.
Męczące to. Za parę miesięcy wybory do europarlamentu i prezydenckie. Z góry można przewidzieć jak będzie wyglądać kampania, do czego odwoła się AWPL lub jak konserwatyści powrócą do rzekomej wizyty polskiej partii w Moskwie oraz jak letni pozostaną socjaldemokraci.
Jerzy Haszczyński napisał na łamach "Rzeczpospolitej", że relacje na linii Warszawa-Wilno znowu uległy pogorszeniu. Ośmielę się stwierdzić, że nie zdążyły się nawet polepszyć. Od lat tkwią w tym samym punkcie i bynajmniej nic się nie zmieniło po ostatnich wyborach parlamentarnych.
Kiedy Akcja Wyborcza Polaków na Litwie stworzyła własną frakcję w parlamencie i weszła w skład koalicji rządzącej, wszyscy pisaliśmy o nadziei. Nadziei na nowe otwarcie, zmiany i poprawę relacji. Przesadziliśmy.
W minionym roku tak ważne kwestie dla Polaków jak zwrot ziemi czy ustawa o mniejszościach nie zostały rozwiązane. Gorzej, zmniejszono choćby ulgi dla maturzystów.
Mówi się, że prezydencja Litwy była szansą na poprawę relacji. Nie do końca. W kwestiach międzynarodowych Wilno z Warszawą się przecież zwykle zgadza. Oba kraje potrafią trzymać jedną linię jeśli chodzi o Gruzję czy Ukrainę, a kiedy Rosja wypowiedziała ostatnio wojnę Litwie to nawet prezydent Grybauskaite bez zbędnych komentarzy pojawiła się na Dniu Niepodległości w Warszawie. Kością niezgody, przemilczaną tylko podczas prezydencji, pozostały kwestie mniejszości. Tu się generalnie nic nie zmienia.
Nie zgodzę się jednak, że brak postępu w tej kwestii wynika z czystej niechęci wobec Polaków czy innych narodowości. Owszem, na Litwie mniejszości liczą się zwykle, kiedy mowa o liczbie ludności. Kiedy Litwin mówi "są nas tylko trzy miliony", wtedy ponad 200 tys. Polaków zalicza się do owego "my". Kiedy jednak mowa o prawach owych 6 proc. społeczeństwa...jest już problem. Prawa mniejszości nie są respektowane jednak też z innych względów.
"Najbardziej nie podoba mi się to, że Litwa bardzo szybko podpisuje wszelkie konwencje i dyrektywy, bo wtedy wyglądamy dobrze na arenie międzynarodowej. Ale później staramy się na wszelkie sposoby nie wywiązywać się z zobowiązań. Są przyjmowane poprawki do ustaw, które nie są zgodne z wymogami dyrektyw oraz konwencji” mówiła w październiku Aušrinė Burneikienė, której stanowisko Radio znad Wilii tłumaczy jako kontroler ds. Równych Możliwości. „W ten sposób ośmieszamy się i nie odpowiadamy wymogom demokratycznego państwa”, wyjaśniała. Coś w tym jest. Do tego bardzo często w litewskim parlamencie widać brak ciągłości między poszczególnymi rządami, widać to w kontekście wydobycia gazu łupkowego czy nowej atomówki.
Nawet kiedy już propozycja ustawy o mniejszościach pojawiła się w parlamencie (przedstawiona przez rząd) to konserwatyści wyskoczyli z projektem, który nawet nie spełniał norm międzynarodowych. Ot tak, a co. Szef konserwatystów, były premier Kubilius jeszcze jako szef rządu mówił, że nie widzi chociażby problemu z oryginalną pisownią nazwisk (tak, wiem, politykował), teraz walczy z dwujęzycznymi tabliczkami na domach jak z diabłem.
Męczące to. Za parę miesięcy wybory do europarlamentu i prezydenckie. Z góry można przewidzieć jak będzie wyglądać kampania, do czego odwoła się AWPL lub jak konserwatyści powrócą do rzekomej wizyty polskiej partii w Moskwie oraz jak letni pozostaną socjaldemokraci.
poniedziałek, 7 października 2013
Jak reprezentowałam Litwę ... w magazynie "Time"
Nie wiem ilu użytkowników Instagramu na Litwie obserwuje profil magazynu "Time" na Twitterze. Być może jestem/byłam jedyna. Nieważne...
W zeszłym roku amerykański tygodnik ogłosił, że zbiera zdjęcia z aplikacji Instagram z całego świata. Warunek: wrzucając zdjęcie należało je od razu powiązać z lokalizacją. Na zdjęcie z Polski nie miałam więc szans. Wrzuciłam Litwę. Dokładnie to zdjęcie poniżej zrobione w deszczu, w drodze na zajęcia z języka litewskiego, w okolicy parlamentu.
Dostępne też na moim profilu TU.
Możecie sobie wyobrazić jaka była moja radość, kiedy podczas wakacji, gdzieś w Laosie, trafiłam na ten numer "Time".
W słowie "the", między H a E znajdziecie moje zdjęcie, zdjęcie Polki reprezentujące Litwę. Uwielbiam taką ironię losu!
Jakby nie było jasne, to się tu chwalę. Trochę.
W zeszłym roku amerykański tygodnik ogłosił, że zbiera zdjęcia z aplikacji Instagram z całego świata. Warunek: wrzucając zdjęcie należało je od razu powiązać z lokalizacją. Na zdjęcie z Polski nie miałam więc szans. Wrzuciłam Litwę. Dokładnie to zdjęcie poniżej zrobione w deszczu, w drodze na zajęcia z języka litewskiego, w okolicy parlamentu.
Dostępne też na moim profilu TU.
Możecie sobie wyobrazić jaka była moja radość, kiedy podczas wakacji, gdzieś w Laosie, trafiłam na ten numer "Time".
W słowie "the", między H a E znajdziecie moje zdjęcie, zdjęcie Polki reprezentujące Litwę. Uwielbiam taką ironię losu!
Jakby nie było jasne, to się tu chwalę. Trochę.
niedziela, 6 października 2013
Zimno jest
Pisanie bloga o Litwie to trochę jak rzucanie się z motyką na słońce. Przynajmniej w moim przypadku. Regularnie i w miarę łatwo pisze się bowiem o tym co wciąga, interesuje i w jakiś sposób pochłania...
Znowu dostałam awizo, na którym nadgorliwy urzędnik pocztowy nie mógł napisać po prostu Agnieszka, tylko musiał Agnieška. Widać nie ma problemów z czytaniem po polsku, ale nawet na głupim świstku z poczty nie można zachować oryginalnej pisowni. Szczegół, ale jak czasami irytuje.
Od tygodni całe Wilno marznie, bo choć średnia temperatura spadła poniżej wytyczonych norm, to Vilniaus Energija najzwyczajniej nie wie, kiedy ogrzewanie włączy. Media dopytują, a oni tylko "powrócimy do sprawy w poniedziałek". Mogę marznąć, ok. Tylko co to za kraj, który nie potrafi ogarnąć nawet systemu grzewczego.
Zwieńczeniem tego absurdu była wizyta prezydent Grybauskaite w jednej ze szkół w rejonie wileńskim z okazji nadania tej placówce imienia. Uśmiechnięte dzieci w klasie, obok pani prezydent i wszyscy w kurtkach... Bo szkoła jest podłączona do gminnego systemu grzewczego i będzie zimna dopóki gmina nie włączy ogrzewania. Dzieci uczą się więc siedząc w kurtkach i jakoś nikomu nie jest ani głupio, ani wstyd. Przynajmniej nie na tyle by to zmienić.
No ale jeśli politycy skupiają się głównie na tworzeniu kolejnych grup roboczych, chronieniu społeczeństwa przed mniejszościami seksualnymi czy niesamowitym zagrożeniem jakim są dwujęzyczne napisy, to nie ma się co dziwić, że jest jak jest. Albo jak mówią miejscowi, tak jak zawsze było.
Uzupełnienie. Mer Wilna na Facebooku napisał (tłumaczenie za zw.lt) "To nie ode mnie zależy, czy macie włączone ogrzewanie. Jeśli tylko istnieje taka potrzeba, ogrzewanie możecie włączyć również w lipcu. Dzisiaj nie są czasy radzieckie, kiedy takie decyzje należały do urzędników. Wszystko jest w waszych rękach. Weźcie przynajmniej trochę odpowiedzialności za własny dom lub mieszkanie". Gdyby dogadanie się z sąsiadami było takie proste.
Znowu dostałam awizo, na którym nadgorliwy urzędnik pocztowy nie mógł napisać po prostu Agnieszka, tylko musiał Agnieška. Widać nie ma problemów z czytaniem po polsku, ale nawet na głupim świstku z poczty nie można zachować oryginalnej pisowni. Szczegół, ale jak czasami irytuje.
Od tygodni całe Wilno marznie, bo choć średnia temperatura spadła poniżej wytyczonych norm, to Vilniaus Energija najzwyczajniej nie wie, kiedy ogrzewanie włączy. Media dopytują, a oni tylko "powrócimy do sprawy w poniedziałek". Mogę marznąć, ok. Tylko co to za kraj, który nie potrafi ogarnąć nawet systemu grzewczego.
Zwieńczeniem tego absurdu była wizyta prezydent Grybauskaite w jednej ze szkół w rejonie wileńskim z okazji nadania tej placówce imienia. Uśmiechnięte dzieci w klasie, obok pani prezydent i wszyscy w kurtkach... Bo szkoła jest podłączona do gminnego systemu grzewczego i będzie zimna dopóki gmina nie włączy ogrzewania. Dzieci uczą się więc siedząc w kurtkach i jakoś nikomu nie jest ani głupio, ani wstyd. Przynajmniej nie na tyle by to zmienić.
No ale jeśli politycy skupiają się głównie na tworzeniu kolejnych grup roboczych, chronieniu społeczeństwa przed mniejszościami seksualnymi czy niesamowitym zagrożeniem jakim są dwujęzyczne napisy, to nie ma się co dziwić, że jest jak jest. Albo jak mówią miejscowi, tak jak zawsze było.
Uzupełnienie. Mer Wilna na Facebooku napisał (tłumaczenie za zw.lt) "To nie ode mnie zależy, czy macie włączone ogrzewanie. Jeśli tylko istnieje taka potrzeba, ogrzewanie możecie włączyć również w lipcu. Dzisiaj nie są czasy radzieckie, kiedy takie decyzje należały do urzędników. Wszystko jest w waszych rękach. Weźcie przynajmniej trochę odpowiedzialności za własny dom lub mieszkanie". Gdyby dogadanie się z sąsiadami było takie proste.
środa, 18 września 2013
Litwo, ojczyzno nie moja
Jakiś czas temu na Twitterze napisałam, że pod moim oknem przewodnik opowiada grupie o "polskiej okupacji". W odpowiedzi dostałam komentarz, że "dobrze, że nie wiedział pod czyim stoi oknem, bo by się okazało, że okupacja trwa nadal".
Nie wiem dokładnie co autor miał na myśli, ale komentarz mnie rozbawił. Wyjaśniłam przy tym, że żaden ze znanych mi Polaków z Polski (to nie znaczy, że wszyscy), mieszkających obecnie w Wilnie, nie chce w tym mieście pozostać. Dziś to rozwinę.
Będzie to płytkie i proste. Możecie mnie posądzić o złośliwość, krótkowzroczność, małostkowość czy wybiórczość, narzekanie emigranta. Nigdy nie czytałam żadnych relacji emigrantów. Nie mam też porównania, bo wcześniej mieszkałam tylko w Gruzji i w Niemczech. Litwa nie jest typowa, z jednej strony Unia Europejska, ale też Wschód poniekąd, była republika radziecka.
Wyobraźcie sobie, że odwiedzając Wilno trafiacie na grupkę Polaków z Polski, którzy z różnych względów mieszkają w Wilnie, i spytacie ich: jak wam się żyje na tej Litwie. Oto co moglibyście usłyszeć.
- Niska kultura. Jeśli jesteś kobietą i mężczyzna pozwala ci wyjść pierwszej z windy to możesz być pewna, że to cudzoziemiec, nie tutejszy. Z windą w ogóle jest wiele przygód, zasada, że wychodzący ma pierwszeństwo wydaje się być tutaj dla wielu abstrakcją. To samo w sklepach, urzędach i tam, gdzie człowieka nogi poniosą.
- Poziom usług. Nie da się niczego załatwić od razu, za jednym razem. A to internetu nie można podłączyć zgodnie z zamówieniem, a to kupując ubezpieczenie, obsługa zbierając dane przez telefon przysyła źle wypełniony formularz, a to taksówka nie potrafi podjechać na czas albo kierowca po prostu uznaje, że nie wyda ci reszty. Szukając mieszkania trafiasz na pośredników, którzy nawet nie wiedzą przy jakich ofertach jest ich numer telefonu albo nie mają pojęcia czy mieszkanie jest nadal wolne.
- Obowiązkowy lunch. Dotyczy zatrudnionych w firmach litewskich. Otóż Litwa, jak powszechnie wiadomo jest krajem południowym i należą jej się sjesty. Stąd od 12 do 13.00 jest obowiązkowa przerwa na lunch. Co w praktyce oznacza, że pracownik idzie do pracy na 9 godzin. Tłumy wilnian wypełzają więc ze swoich biur o 12.00 i wciskają w siebie sushi, cepeliny albo inne wynalazki lub próbują załatwić coś w urzędach. Wszyscy równocześnie, tłok więc niesamowity, kolejki nieziemskie.
Z przerwy w większości przypadków zrezygnować nie można, argumentacja, że "normalny" organizm o 12.00 godzinie nie pragnie obiadu też tu nie pomaga. Jedyne pocieszenie, to że w piątek do biura idzie się tylko na osiem godzin.
- Urlopy. Jak wyżej, zgodnie z prawem litewskim. Tu skrzywienie Polaków i poczucie niesprawiedliwości jest totalnie niezrozumiałe przez miejscowych. Wprawdzie przysługuje pracownikowi 28 dni urlopu, ale z weekendami. Obowiązkowe jest pobranie w ciągu roku 14 dni urlopu, w tym dwa weekendy. Jak wiele na Litwie, wszystko zależy od interpretacji i tak niektórych udręka tutaj się kończy. Inni muszą weekendy liczyć zawsze, tzn. chcąc wziąć wolny piątek i poniedziałek w sumie tracą 4 dni urlopu a nie 2. Ot co.
- Absurdy jak zakaz sprzedaży alkoholu 1 września czy po 22.00 z wiarą, że to zwalcza alkoholizm. Czy choćby brak nocnych autobusów. Szczególna katorga, gdy się próbuje wrócić w nocy z koncertu. Jeśli to wydarzenie na miarę Stinga to złapanie taksówki graniczy też z cudem.
- Zawsze tak było. To zdaje się ulubione hasło Litwinów. Kiedy próbujesz wytłumaczyć, że coś można inaczej, że może nie do końca coś jest najlepszym rozwiązaniem to wszelkie słowa krytyki są zbywane tym stwierdzeniem. Koniec kropka.
- Brak perspektyw. Znaleźć w Wilnie kurs języka na wyższym poziomie niż B2 i jeszcze certyfikat, niemożliwe. W stolicy UE British Council nie robi kursów, tak samo Goethe (choć cud, że w ogóle tu są). Ba, BC niektórych egzaminów od kilku lat nie przeprowadza, bo nie ma na nie minimalnej liczby chętnych. Jeśli w szkole językowej po rosyjsku powiesz, że chcesz się uczyć rosyjskiego usłyszysz, że przecież umiesz, więc po co. O studiach podyplomowych szkoda pisać.
- Jako Polaków, trudno, żeby nas nie denerwował brak typowego polskiego jedzenia. Tęskno za działem mięsnym czy nabiałem, gdzie człowiek po prostu ma wybór. Tu zarzucać nie ma czego, każdy kraj ma swoją kuchnię. Litwa wędlin nie produkuje, szynka taka, siaka, polędwica, z wieprzowiny, z drobiu... nic z tego. Pieczywo, pyszne dla niektórych, wiem, czarne, tłumy uwielbiają, ale co z tego. Miejscowi chwalą jak długo może leżeć nie starzejąc się, ale ja jestem z Polski i lubię świeże bułeczki na śniadanie rano. Nie da się. Piekarnia od rana? od szóstej, siódmej? Zapomnij. Nawet supermarkety od 7, 7:30 i panie dopiero wykładają towar.
Zresztą supermarkety to też dobra zagadka. Taka Maxima czy choćby Iki, każda wizyta w sklepie to przygoda, bo nigdy nie wiesz czy to co kupiłeś ostatnim razem jeszcze w tym sklepie będzie. Jeśli kończy się jakiś towar to na półkę stawia się to co akurat jest w magazynie. Przez tydzień patrzyłeś na nektar z czarnej porzeczki i w końcu zapragnąłeś go kupić? Figa z makiem. Partia się skończyła.
- No i na koniec ludzie, społeczeństwo, które nie lubi indywidualistów. Bo ja się wyłamujesz to nie szanujesz wspólnoty, kolektywu. Tu się protestuje po kilkaset osób. W 2009 ponoć były tysiące, bo kryzys, ale jak patrzę na dzisiejsze protesty to śmiem twierdzić, że część wyszła wtedy chyba przez pomyłkę. Bo tutejsi nie lubią wyrażać swojego zdania czy bronić poglądów. Nie pytają też o nie. Innych się nie lubi.
Powyższe to spostrzeżenia moje i znajomych. Nie znaczy to, że Wilno to najgorsze miejsce na Ziemi, że w Polsce jest inaczej, że wszyscy mieszkańcy Wilna są tacy sami. Takie mamy doświadczenia i obserwacje, one są nasze i nie musi ich nikt inny podzielać. Nie mają też nikogo obrazić.
Następny razem napiszę co w Wilnie lubię. Zajmie mi to jednak trochę czasu.
Nie wiem dokładnie co autor miał na myśli, ale komentarz mnie rozbawił. Wyjaśniłam przy tym, że żaden ze znanych mi Polaków z Polski (to nie znaczy, że wszyscy), mieszkających obecnie w Wilnie, nie chce w tym mieście pozostać. Dziś to rozwinę.
Będzie to płytkie i proste. Możecie mnie posądzić o złośliwość, krótkowzroczność, małostkowość czy wybiórczość, narzekanie emigranta. Nigdy nie czytałam żadnych relacji emigrantów. Nie mam też porównania, bo wcześniej mieszkałam tylko w Gruzji i w Niemczech. Litwa nie jest typowa, z jednej strony Unia Europejska, ale też Wschód poniekąd, była republika radziecka.
Wyobraźcie sobie, że odwiedzając Wilno trafiacie na grupkę Polaków z Polski, którzy z różnych względów mieszkają w Wilnie, i spytacie ich: jak wam się żyje na tej Litwie. Oto co moglibyście usłyszeć.
- Niska kultura. Jeśli jesteś kobietą i mężczyzna pozwala ci wyjść pierwszej z windy to możesz być pewna, że to cudzoziemiec, nie tutejszy. Z windą w ogóle jest wiele przygód, zasada, że wychodzący ma pierwszeństwo wydaje się być tutaj dla wielu abstrakcją. To samo w sklepach, urzędach i tam, gdzie człowieka nogi poniosą.
- Poziom usług. Nie da się niczego załatwić od razu, za jednym razem. A to internetu nie można podłączyć zgodnie z zamówieniem, a to kupując ubezpieczenie, obsługa zbierając dane przez telefon przysyła źle wypełniony formularz, a to taksówka nie potrafi podjechać na czas albo kierowca po prostu uznaje, że nie wyda ci reszty. Szukając mieszkania trafiasz na pośredników, którzy nawet nie wiedzą przy jakich ofertach jest ich numer telefonu albo nie mają pojęcia czy mieszkanie jest nadal wolne.
- Obowiązkowy lunch. Dotyczy zatrudnionych w firmach litewskich. Otóż Litwa, jak powszechnie wiadomo jest krajem południowym i należą jej się sjesty. Stąd od 12 do 13.00 jest obowiązkowa przerwa na lunch. Co w praktyce oznacza, że pracownik idzie do pracy na 9 godzin. Tłumy wilnian wypełzają więc ze swoich biur o 12.00 i wciskają w siebie sushi, cepeliny albo inne wynalazki lub próbują załatwić coś w urzędach. Wszyscy równocześnie, tłok więc niesamowity, kolejki nieziemskie.
Z przerwy w większości przypadków zrezygnować nie można, argumentacja, że "normalny" organizm o 12.00 godzinie nie pragnie obiadu też tu nie pomaga. Jedyne pocieszenie, to że w piątek do biura idzie się tylko na osiem godzin.
- Urlopy. Jak wyżej, zgodnie z prawem litewskim. Tu skrzywienie Polaków i poczucie niesprawiedliwości jest totalnie niezrozumiałe przez miejscowych. Wprawdzie przysługuje pracownikowi 28 dni urlopu, ale z weekendami. Obowiązkowe jest pobranie w ciągu roku 14 dni urlopu, w tym dwa weekendy. Jak wiele na Litwie, wszystko zależy od interpretacji i tak niektórych udręka tutaj się kończy. Inni muszą weekendy liczyć zawsze, tzn. chcąc wziąć wolny piątek i poniedziałek w sumie tracą 4 dni urlopu a nie 2. Ot co.
- Absurdy jak zakaz sprzedaży alkoholu 1 września czy po 22.00 z wiarą, że to zwalcza alkoholizm. Czy choćby brak nocnych autobusów. Szczególna katorga, gdy się próbuje wrócić w nocy z koncertu. Jeśli to wydarzenie na miarę Stinga to złapanie taksówki graniczy też z cudem.
- Zawsze tak było. To zdaje się ulubione hasło Litwinów. Kiedy próbujesz wytłumaczyć, że coś można inaczej, że może nie do końca coś jest najlepszym rozwiązaniem to wszelkie słowa krytyki są zbywane tym stwierdzeniem. Koniec kropka.
- Brak perspektyw. Znaleźć w Wilnie kurs języka na wyższym poziomie niż B2 i jeszcze certyfikat, niemożliwe. W stolicy UE British Council nie robi kursów, tak samo Goethe (choć cud, że w ogóle tu są). Ba, BC niektórych egzaminów od kilku lat nie przeprowadza, bo nie ma na nie minimalnej liczby chętnych. Jeśli w szkole językowej po rosyjsku powiesz, że chcesz się uczyć rosyjskiego usłyszysz, że przecież umiesz, więc po co. O studiach podyplomowych szkoda pisać.
- Jako Polaków, trudno, żeby nas nie denerwował brak typowego polskiego jedzenia. Tęskno za działem mięsnym czy nabiałem, gdzie człowiek po prostu ma wybór. Tu zarzucać nie ma czego, każdy kraj ma swoją kuchnię. Litwa wędlin nie produkuje, szynka taka, siaka, polędwica, z wieprzowiny, z drobiu... nic z tego. Pieczywo, pyszne dla niektórych, wiem, czarne, tłumy uwielbiają, ale co z tego. Miejscowi chwalą jak długo może leżeć nie starzejąc się, ale ja jestem z Polski i lubię świeże bułeczki na śniadanie rano. Nie da się. Piekarnia od rana? od szóstej, siódmej? Zapomnij. Nawet supermarkety od 7, 7:30 i panie dopiero wykładają towar.
Zresztą supermarkety to też dobra zagadka. Taka Maxima czy choćby Iki, każda wizyta w sklepie to przygoda, bo nigdy nie wiesz czy to co kupiłeś ostatnim razem jeszcze w tym sklepie będzie. Jeśli kończy się jakiś towar to na półkę stawia się to co akurat jest w magazynie. Przez tydzień patrzyłeś na nektar z czarnej porzeczki i w końcu zapragnąłeś go kupić? Figa z makiem. Partia się skończyła.
- No i na koniec ludzie, społeczeństwo, które nie lubi indywidualistów. Bo ja się wyłamujesz to nie szanujesz wspólnoty, kolektywu. Tu się protestuje po kilkaset osób. W 2009 ponoć były tysiące, bo kryzys, ale jak patrzę na dzisiejsze protesty to śmiem twierdzić, że część wyszła wtedy chyba przez pomyłkę. Bo tutejsi nie lubią wyrażać swojego zdania czy bronić poglądów. Nie pytają też o nie. Innych się nie lubi.
Powyższe to spostrzeżenia moje i znajomych. Nie znaczy to, że Wilno to najgorsze miejsce na Ziemi, że w Polsce jest inaczej, że wszyscy mieszkańcy Wilna są tacy sami. Takie mamy doświadczenia i obserwacje, one są nasze i nie musi ich nikt inny podzielać. Nie mają też nikogo obrazić.
Następny razem napiszę co w Wilnie lubię. Zajmie mi to jednak trochę czasu.
środa, 7 sierpnia 2013
Polak na wileńskiej starówce
Wileńska starówka. Księgarnia połączona z kawiarnią, po prawej stronie książki, po lewej stoliki. Wchodzi mężczyzna, wiek ok. 60 lat, omija książki i podchodzi prosto do baru.
-Dzień dobry.
-Laba diena.
-Dzień dobry, po polsku?
-yyy?
-Czy są książki po polsku?
-yyy?
-Books in Polish?
-I don't know, you have to ask there [ruch głowy wskazujący sektor książkowy].
-yyy?
-You have to ask.
-yyy?
Mężczyzna odwraca się na pięcie i wychodzi. Do półek z książkami nawet nie podchodzi.
Koniec.
-Dzień dobry.
-Laba diena.
-Dzień dobry, po polsku?
-yyy?
-Czy są książki po polsku?
-yyy?
-Books in Polish?
-I don't know, you have to ask there [ruch głowy wskazujący sektor książkowy].
-yyy?
-You have to ask.
-yyy?
Mężczyzna odwraca się na pięcie i wychodzi. Do półek z książkami nawet nie podchodzi.
Koniec.
środa, 31 lipca 2013
Z widokiem na parlament litewski
Blog miał być o życiu codziennym. Dziś taki więc wpis.
Przez trzy lata budziłam się z widokiem na parlament litewski. Dobra miejscówka gwarantująca wiele wrażeń. Niejeden protest czy wiec oglądałam bez wychodzenia z domu. Jadłam drugie śniadanie, kiedy na wprost z bramy wychodziła chociażby pani prezydent z okazji jakiegoś państwowego święta. Obejrzałam niezliczoną ilość podnoszenia flag, maszerujących wojsk czy gości odwiedzających parlament. Ba, nauczyłam się hymnu Litwy!
Nie zawsze było miło. Okolice sejmu sprząta się jeszcze przed siódmą, często z brakiem poszanowania jakiejkolwiek ciszy. Przed rozpoczęciem prezydencji wymyślono sobie, że chodnik jest krzywy i należy go poprawić czy też w końcu zamontować podjazd dla niepełnosprawnych - roboty od świtu do zmierzchu, także w weekendy. Kiedy w styczniu Litwa obchodzi rocznicę wydarzeń pod wieżą telewizyjną, cały dzień głośniki ustawione wprost w moje okna emitowały żałobne pieśni...
Do tego sam prospekt Giedymina. Każdy kto odwiedził Wilno kojarzy zapewne, że ulica wyłożona jest kostką. Nie wiem kto to wymyślił, ale odradzam każdemu samorządowi. Jadący po czymś takim samochód jest znacznie głośniejszy niż poruszający się po zwykłym asfalcie. Jeszcze gorzej jest, gdy spadnie deszcz.
Nie o mieszkaniu przy Giedymina będzie jednak ten tekst. Ponieważ musiałam zrezygnować z widoku na parlament, przez ostatni miesiąc szukałam nowego lokum.
Litwa należy o UE, planuje przyjęcie euro, chwali się wyjściem z kryzysu gospodarczego... Wszystko to piękne, ale na co dzień ta piękna Litwa jest gdzieś daleko, bliżej jest taka jakby sowiecka.
Kiedy w Wilnie szuka się mieszkania do wynajęcia, najważniejszym pytaniem jest pytanie o rachunki za centralne ogrzewanie. Większość budynków w centrum i na starówce wyposażona jest w centralny system grzewczy i jak sama nazwa mówi (to cytat z Litwina-właściciela jednego z mieszkań)- centralne, czyli nie można go wyłączyć. Po prostu.
Sezon grzewczy zaczyna się w październiku, zgodnie z przepisami, gdy w ciągu trzech dób średnia temperatura wynosi poniżej 10 stopni Celsjusza. Teoretycznie, bo po owych trzech dniach najpierw włącza się ogrzewanie w szkołach i szpitalach, dopiero po jakimś tygodniu w budynkach mieszkalnych. No i tutaj zaczyna się najlepsze.
Przez całą zimę kaloryfer musi być odkręcony. Lokator nie ma możliwości regulowania ciepła. Przez pierwsze miesiące grzejniki są zwykle po prostu letnie, grzanie zaczyna się w styczniu, kiedy przychodzą największe mrozy. Wtedy też nabija się największe rachunki i to jest problem.
Mieszkanie, które właśnie opuszczam to 59 m2 (dwa pokoje+kuchnia+łazienka+"garderoba"). W rekordowym miesiącu rachunek za ogrzewanie wyniósł 520 lt, czyli 639 zł. Podczas szukania mieszkania trafiłam na lokum ponad 60 m2 w centrum, ulica dochodząca do Giedymina, gdzie w styczniu rachunek za ogrzewanie wyniósł równowartość tysiąca złotych. Na narzekanie przyjezdnych cudzoziemców, Litwini zwykle odpowiadają "zawsze tak było".
Kiedy socjaldemokraci wygrali wybory w zeszłym roku i premier Butkevičius przeprowadzał się w związku z nową funkcją, mówił, że jego rachunki to średnio 600 lt, czyli "mi też jest ciężko". I tyle. Zero, że będą jakiejś zmiany.
Gdyby komuś przyszło do głowy zakręcenie kaloryfera - to nic nie daje. Jedno - i tak płacimy, bo cały budynek pożera masę ciepła, szczególnie grzejniki na klatce schodowej. Drugie - można zepsuć kaloryfer. Wiem, bo popsułam.
To jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze tzw. żmijka, czyli gorąca, kręta rura w łazience. Gorąca przez cały rok i przez cały rok każąca za siebie płacić, ok. 40 lt (ok. 49 zł) na miesiąc. Zasłyszane historie mówią o tym, że nawet jak ktoś rurkę wyciął to i tak nie pozbył się opłat. Zimą bywa takie rozwiązanie i praktyczne, ale latem przy średniej temperaturze 25 stopni, proszę mi wierzyć, niekoniecznie. No i po raz kolejny - lokator nie ma nic do gadania.
Choć jest środek lata to w związku z szukaniem mieszkania temat ogrzewania powrócił. Właściciele rzadko mówią prawdę i zdradzają rzeczywistą wysokość rachunków. Nawet w moim nowym mieszkaniu mowa była o maksymalnej kwocie 400 lt, a dziś okazało się, że jest rachunek za styczeń był znacznie wyższy. Trudno. Odbiję sobie lokalizacją.
Dwie uwagi na koniec:
- jak wspomniałam powyżej, nie wszystkie budynki mają centralne ogrzewanie, którego nie da się regulować. Dotyczy to głównie starych zabudowań. Nowsze albo regulacje posiadają, albo mają ogrzewanie gazowe. Właściciele prywatnych domów, np. na Zwierzyńcu mają oddzielne ogrzewanie. Można jakoś system obejść, problem w tym, że system jest wadliwy i zero perspektyw na jego zmianę.
- powyższa nota jest opisem mojego doświadczenia i irytacji. Zapewne w Polsce czy też w innych krajach istnieje także taki problem. Moim celem nie jest porównywanie krajów.
Przez trzy lata budziłam się z widokiem na parlament litewski. Dobra miejscówka gwarantująca wiele wrażeń. Niejeden protest czy wiec oglądałam bez wychodzenia z domu. Jadłam drugie śniadanie, kiedy na wprost z bramy wychodziła chociażby pani prezydent z okazji jakiegoś państwowego święta. Obejrzałam niezliczoną ilość podnoszenia flag, maszerujących wojsk czy gości odwiedzających parlament. Ba, nauczyłam się hymnu Litwy!
Nie zawsze było miło. Okolice sejmu sprząta się jeszcze przed siódmą, często z brakiem poszanowania jakiejkolwiek ciszy. Przed rozpoczęciem prezydencji wymyślono sobie, że chodnik jest krzywy i należy go poprawić czy też w końcu zamontować podjazd dla niepełnosprawnych - roboty od świtu do zmierzchu, także w weekendy. Kiedy w styczniu Litwa obchodzi rocznicę wydarzeń pod wieżą telewizyjną, cały dzień głośniki ustawione wprost w moje okna emitowały żałobne pieśni...
Do tego sam prospekt Giedymina. Każdy kto odwiedził Wilno kojarzy zapewne, że ulica wyłożona jest kostką. Nie wiem kto to wymyślił, ale odradzam każdemu samorządowi. Jadący po czymś takim samochód jest znacznie głośniejszy niż poruszający się po zwykłym asfalcie. Jeszcze gorzej jest, gdy spadnie deszcz.
Nie o mieszkaniu przy Giedymina będzie jednak ten tekst. Ponieważ musiałam zrezygnować z widoku na parlament, przez ostatni miesiąc szukałam nowego lokum.
Litwa należy o UE, planuje przyjęcie euro, chwali się wyjściem z kryzysu gospodarczego... Wszystko to piękne, ale na co dzień ta piękna Litwa jest gdzieś daleko, bliżej jest taka jakby sowiecka.
Kiedy w Wilnie szuka się mieszkania do wynajęcia, najważniejszym pytaniem jest pytanie o rachunki za centralne ogrzewanie. Większość budynków w centrum i na starówce wyposażona jest w centralny system grzewczy i jak sama nazwa mówi (to cytat z Litwina-właściciela jednego z mieszkań)- centralne, czyli nie można go wyłączyć. Po prostu.
Sezon grzewczy zaczyna się w październiku, zgodnie z przepisami, gdy w ciągu trzech dób średnia temperatura wynosi poniżej 10 stopni Celsjusza. Teoretycznie, bo po owych trzech dniach najpierw włącza się ogrzewanie w szkołach i szpitalach, dopiero po jakimś tygodniu w budynkach mieszkalnych. No i tutaj zaczyna się najlepsze.
Przez całą zimę kaloryfer musi być odkręcony. Lokator nie ma możliwości regulowania ciepła. Przez pierwsze miesiące grzejniki są zwykle po prostu letnie, grzanie zaczyna się w styczniu, kiedy przychodzą największe mrozy. Wtedy też nabija się największe rachunki i to jest problem.
Mieszkanie, które właśnie opuszczam to 59 m2 (dwa pokoje+kuchnia+łazienka+"garderoba"). W rekordowym miesiącu rachunek za ogrzewanie wyniósł 520 lt, czyli 639 zł. Podczas szukania mieszkania trafiłam na lokum ponad 60 m2 w centrum, ulica dochodząca do Giedymina, gdzie w styczniu rachunek za ogrzewanie wyniósł równowartość tysiąca złotych. Na narzekanie przyjezdnych cudzoziemców, Litwini zwykle odpowiadają "zawsze tak było".
Kiedy socjaldemokraci wygrali wybory w zeszłym roku i premier Butkevičius przeprowadzał się w związku z nową funkcją, mówił, że jego rachunki to średnio 600 lt, czyli "mi też jest ciężko". I tyle. Zero, że będą jakiejś zmiany.
Gdyby komuś przyszło do głowy zakręcenie kaloryfera - to nic nie daje. Jedno - i tak płacimy, bo cały budynek pożera masę ciepła, szczególnie grzejniki na klatce schodowej. Drugie - można zepsuć kaloryfer. Wiem, bo popsułam.
To jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze tzw. żmijka, czyli gorąca, kręta rura w łazience. Gorąca przez cały rok i przez cały rok każąca za siebie płacić, ok. 40 lt (ok. 49 zł) na miesiąc. Zasłyszane historie mówią o tym, że nawet jak ktoś rurkę wyciął to i tak nie pozbył się opłat. Zimą bywa takie rozwiązanie i praktyczne, ale latem przy średniej temperaturze 25 stopni, proszę mi wierzyć, niekoniecznie. No i po raz kolejny - lokator nie ma nic do gadania.
Choć jest środek lata to w związku z szukaniem mieszkania temat ogrzewania powrócił. Właściciele rzadko mówią prawdę i zdradzają rzeczywistą wysokość rachunków. Nawet w moim nowym mieszkaniu mowa była o maksymalnej kwocie 400 lt, a dziś okazało się, że jest rachunek za styczeń był znacznie wyższy. Trudno. Odbiję sobie lokalizacją.
Dwie uwagi na koniec:
- jak wspomniałam powyżej, nie wszystkie budynki mają centralne ogrzewanie, którego nie da się regulować. Dotyczy to głównie starych zabudowań. Nowsze albo regulacje posiadają, albo mają ogrzewanie gazowe. Właściciele prywatnych domów, np. na Zwierzyńcu mają oddzielne ogrzewanie. Można jakoś system obejść, problem w tym, że system jest wadliwy i zero perspektyw na jego zmianę.
- powyższa nota jest opisem mojego doświadczenia i irytacji. Zapewne w Polsce czy też w innych krajach istnieje także taki problem. Moim celem nie jest porównywanie krajów.
czwartek, 18 lipca 2013
Problemy mniejszości polskiej na Litwie można rozwiązać
Litewski Sąd Najwyższy odrzucił dzisiaj wniosek o możliwość wpisania w akt małżeństwa nazwiska z literą "w". Innej decyzji podjąć nie mógł. Jak podało Radio znad Wilii powołując się na agencję BNS "istniejąca konstytucyjna doktryna i zapisy prawne nadają językowi litewskiemu status języka państwowego, co oznacza, że imiona i nazwiska obywateli Litwy w dokumentach tożsamości powinny być zapisane w języku litewskim, z użyciem liter litewskiego alfabetu. Powyższe dotyczy również zapisu w aktach stanu cywilnego".
Wniosek złożyła Litwinka, która poślubiła Austriaka.
Często nam się wydaje, że problemy mniejszości polskiej na Litwie wynikają z jakiejś szczególnej niechęci do Polaków, do Polski. Owszem, trudno zapomnieć tu o historii, o Żeligowskim czy o głosowaniu polskich posłów przeciwko niepodległej Litwie, ale to nie wszystko. Brak rozwiązania konkretnych problemów mniejszości wynika przede wszystkim, moim zdaniem, z ciągłej obawy Litwy o swoją państwowość. Z ciągłego poczucia zagrożenia ze strony Rosji (nie bezpodstawnego) i w pewnym stopniu niepewności intencji ze strony Warszawy.
Jeśli przyjrzymy się bliżej, to brak oryginalnej pisowni nazwisk, zakaz polskich nazw ulic, ujednolicenie matury z języka litewskiego czy próby zamykania polskich szkół, idealnie się w to wpisują. Litwa liczy obecnie poniżej 3 mln osób. Setki tysiący Litwinów wyemigrowało na Zachód i nawet gdyby chcieli wrócić, to nie zawsze jest jak. Wiele kobiet, jak wspomniana powyżej Litwinka, poślubiło cudzoziemców. Skoro ich własna ojczyzna nie pozwala im przyjąć nazwiska męża (bez dokumentów nie można załatwiać formalności w urzędach czy bankach) a także posiadać podwójnego obywatelstwa (na Litwie niemożliwe), to decyzja kobiety jest łatwa do przewidzenia.
Zresztą dyskusja na temat podwójnego obywatelstwa trwa na Litwie od lat. Coraz więcej dzieci rodzi się poza granicami kraju, a jeśli ktoś ma do wyboru zachodnioeuropejskie obywatelstwo i litewskie, to z jasnych powodów wybierze dla swojego dziecka to pierwsze. Na podwójnym obywatelstwie zależy też Litwinom zza oceanu. Jednak, gdy sprawa trafiła do parlamentu, były premier Kubilius rozpętał burzę, że sięgną po nie też Rosjanie i Polacy (patrz: prawdziwych Litwinów będzie jeszcze mniej).
Niejeden zapis prawny na Litwie uważam za absurd. Pisałam już choćby o przepisach dotyczących nazw firm. W walce o zachowanie wszystkiego co litewskie Litwa zapętliła się tak, że nie potrafi już wyjść naprzeciw oczekiwaniom własnych obywateli. Patrzy na sąsiednią Łotwę "na pół zjedzoną przez Rosjan" i trwa w coraz bardziej krępujących przepisach.
Zamiast jednak krytykować Litwę może warto bardziej umacniać ją w wierze we własną państwowość. Prezydencja się świetnie do tego nadaje, choć w praktyce bardziej w niej chodzi już tylko o prestiż. Skoro Polsce tak odbiło na punkcie prezydencji, że wiele miesięcy po niej, Twitter cieszył się, że zachodni polityk ubrał krawat prezydencji to z Litwą może być podobnie. Niech będzie.
Słuchałam dziś wywiadu nowego ambasadora RP w Wilnie i bardzo mnie cieszy, że zaczął się uczyć języka litewskiego. Nie wiem czy ma w planach biegłe opanowanie języka czy tylko podstawy, ale to nieważne. Ważne, że dostrzegł taką potrzebę. Są małe gesty, które w dłuższej perspektywie mogą więcej zdziałać niż groźby z Warszawy.
Często nam się wydaje, że problemy mniejszości polskiej na Litwie wynikają z jakiejś szczególnej niechęci do Polaków, do Polski. Owszem, trudno zapomnieć tu o historii, o Żeligowskim czy o głosowaniu polskich posłów przeciwko niepodległej Litwie, ale to nie wszystko. Brak rozwiązania konkretnych problemów mniejszości wynika przede wszystkim, moim zdaniem, z ciągłej obawy Litwy o swoją państwowość. Z ciągłego poczucia zagrożenia ze strony Rosji (nie bezpodstawnego) i w pewnym stopniu niepewności intencji ze strony Warszawy.
Jeśli przyjrzymy się bliżej, to brak oryginalnej pisowni nazwisk, zakaz polskich nazw ulic, ujednolicenie matury z języka litewskiego czy próby zamykania polskich szkół, idealnie się w to wpisują. Litwa liczy obecnie poniżej 3 mln osób. Setki tysiący Litwinów wyemigrowało na Zachód i nawet gdyby chcieli wrócić, to nie zawsze jest jak. Wiele kobiet, jak wspomniana powyżej Litwinka, poślubiło cudzoziemców. Skoro ich własna ojczyzna nie pozwala im przyjąć nazwiska męża (bez dokumentów nie można załatwiać formalności w urzędach czy bankach) a także posiadać podwójnego obywatelstwa (na Litwie niemożliwe), to decyzja kobiety jest łatwa do przewidzenia.
Zresztą dyskusja na temat podwójnego obywatelstwa trwa na Litwie od lat. Coraz więcej dzieci rodzi się poza granicami kraju, a jeśli ktoś ma do wyboru zachodnioeuropejskie obywatelstwo i litewskie, to z jasnych powodów wybierze dla swojego dziecka to pierwsze. Na podwójnym obywatelstwie zależy też Litwinom zza oceanu. Jednak, gdy sprawa trafiła do parlamentu, były premier Kubilius rozpętał burzę, że sięgną po nie też Rosjanie i Polacy (patrz: prawdziwych Litwinów będzie jeszcze mniej).
Niejeden zapis prawny na Litwie uważam za absurd. Pisałam już choćby o przepisach dotyczących nazw firm. W walce o zachowanie wszystkiego co litewskie Litwa zapętliła się tak, że nie potrafi już wyjść naprzeciw oczekiwaniom własnych obywateli. Patrzy na sąsiednią Łotwę "na pół zjedzoną przez Rosjan" i trwa w coraz bardziej krępujących przepisach.
Zamiast jednak krytykować Litwę może warto bardziej umacniać ją w wierze we własną państwowość. Prezydencja się świetnie do tego nadaje, choć w praktyce bardziej w niej chodzi już tylko o prestiż. Skoro Polsce tak odbiło na punkcie prezydencji, że wiele miesięcy po niej, Twitter cieszył się, że zachodni polityk ubrał krawat prezydencji to z Litwą może być podobnie. Niech będzie.
Słuchałam dziś wywiadu nowego ambasadora RP w Wilnie i bardzo mnie cieszy, że zaczął się uczyć języka litewskiego. Nie wiem czy ma w planach biegłe opanowanie języka czy tylko podstawy, ale to nieważne. Ważne, że dostrzegł taką potrzebę. Są małe gesty, które w dłuższej perspektywie mogą więcej zdziałać niż groźby z Warszawy.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Polskie media na Litwie
Polskie media na Litwie to trudny temat. Wydawałoby się, że portal czy gazeta powinny na siebie zarabiać. Zarabia się przyciągając czytelników - szybkością i rzetelnością, dużą zmiennością informacji, ciekawymi tematami, dobrymi nazwiskami. Media mniejszości to zupełnie inny świat.
Kiedy "Kurier Wileński" stracił dotację z Pomocy Polakom na Wschodzie przeprowadził cięcia, zrezygnował z koloru, ale nie zmienił formy przekazu, wyglądu. W tym roku redakcja obchodzi 60-lecie (rocznica liczona razem z czasami sowieckimi i innym tytułem). Gratulacje, ale tajemnicą Poliszynela jest, że "Kuriera" mało kto już naprawdę czyta. Trafia on z przydziału do urzędów, szkół, kursuje na wsiach ("drogo kupować codziennie, więc sobie przekazujemy od domu do domu"). "Jedyny polski dziennik na Litwie" nie jest jednak konkurencyjny na rynku.
Tyle, że nie o konkurencję tu chodzi. Nie na Litwie. Tu jest "polska racja stanu". Kiedy ponad rok temu powstawała polskojęzyczna wersja portalu Delfi.lt w polskim środowisku zawrzało. Sugerowano nawet, że projekt potajemnie finansowo wesprze litewski rząd. Na szkodę mniejszości oczywiście. Sama pisałam pełna nadziei, że może w końcu powstanie na Litwie portal pokazujący nie tylko blaski, ale i cienie polskiej mniejszości i polskich polityków. Zarzuciłam polskim mediom jednostronne przedstawianie faktów, brak obiektywizmu.
O obiektywizm też tu jednak nie chodzi. Tak rozumuje Polak z Polski. Jak wytłumaczono mi wtedy na łamach "Wilnoteki", obecna sytuacja na Litwie nie pozwala polskim mediom krytykować np. AWPL, bo litewskie media tylko na to czyhają. Polskie media na Litwie są po to, by tworzyć pozytywny obraz Polaków na Litwie. Po prostu.
Przypomniałam sobie o tym felietonie "Wilnoteki" dziś, kiedy pl.delfi.lt podał informację odnośnie zmian redakcyjnych. Z pierwotnego zespołu redaktora, dziennikarzy, tłumaczy i korekty (tych na miejscu i zdalnych) została jedna osoba. Trudno taki portal traktować jako konkurencję. Zresztą już wcześniej jakość pewnych tekstów pozostawała wiele do życzenia, choć po przeczytaniu tych wyjaśnień łatwiej być wyrozumiałym.
Polskie media na Litwie są coś jednak pl.delfi winne. Nauczyły się, że informację w internecie należy podawać od razu, szybko, a jak się nie ma materiału wideo to go chociaż zapowiedzieć.
Po trzech latach widzę, że trudno znaleźć najlepszą formę dla polskich mediów na Litwie. Portale w większości i tak czytają internauci spoza kraju, głównie z Polski. Obecnie kibicuję portalowi Radia znad Willi, być może to jest najlepsze rozwiązanie. Po prostu portal informacyjny.
Niektóre polskie portale na Litwa:
kurierwilenski.lt
Wilnoteka.lt
zw.lt
l24.lt
pl.delfi.lt
Kiedy "Kurier Wileński" stracił dotację z Pomocy Polakom na Wschodzie przeprowadził cięcia, zrezygnował z koloru, ale nie zmienił formy przekazu, wyglądu. W tym roku redakcja obchodzi 60-lecie (rocznica liczona razem z czasami sowieckimi i innym tytułem). Gratulacje, ale tajemnicą Poliszynela jest, że "Kuriera" mało kto już naprawdę czyta. Trafia on z przydziału do urzędów, szkół, kursuje na wsiach ("drogo kupować codziennie, więc sobie przekazujemy od domu do domu"). "Jedyny polski dziennik na Litwie" nie jest jednak konkurencyjny na rynku.
Tyle, że nie o konkurencję tu chodzi. Nie na Litwie. Tu jest "polska racja stanu". Kiedy ponad rok temu powstawała polskojęzyczna wersja portalu Delfi.lt w polskim środowisku zawrzało. Sugerowano nawet, że projekt potajemnie finansowo wesprze litewski rząd. Na szkodę mniejszości oczywiście. Sama pisałam pełna nadziei, że może w końcu powstanie na Litwie portal pokazujący nie tylko blaski, ale i cienie polskiej mniejszości i polskich polityków. Zarzuciłam polskim mediom jednostronne przedstawianie faktów, brak obiektywizmu.
O obiektywizm też tu jednak nie chodzi. Tak rozumuje Polak z Polski. Jak wytłumaczono mi wtedy na łamach "Wilnoteki", obecna sytuacja na Litwie nie pozwala polskim mediom krytykować np. AWPL, bo litewskie media tylko na to czyhają. Polskie media na Litwie są po to, by tworzyć pozytywny obraz Polaków na Litwie. Po prostu.
Przypomniałam sobie o tym felietonie "Wilnoteki" dziś, kiedy pl.delfi.lt podał informację odnośnie zmian redakcyjnych. Z pierwotnego zespołu redaktora, dziennikarzy, tłumaczy i korekty (tych na miejscu i zdalnych) została jedna osoba. Trudno taki portal traktować jako konkurencję. Zresztą już wcześniej jakość pewnych tekstów pozostawała wiele do życzenia, choć po przeczytaniu tych wyjaśnień łatwiej być wyrozumiałym.
Polskie media na Litwie są coś jednak pl.delfi winne. Nauczyły się, że informację w internecie należy podawać od razu, szybko, a jak się nie ma materiału wideo to go chociaż zapowiedzieć.
Po trzech latach widzę, że trudno znaleźć najlepszą formę dla polskich mediów na Litwie. Portale w większości i tak czytają internauci spoza kraju, głównie z Polski. Obecnie kibicuję portalowi Radia znad Willi, być może to jest najlepsze rozwiązanie. Po prostu portal informacyjny.
Niektóre polskie portale na Litwa:
kurierwilenski.lt
Wilnoteka.lt
zw.lt
l24.lt
pl.delfi.lt
niedziela, 30 czerwca 2013
Początek.
Mieszam na Litwie trzy lata i ciągle mnie ten kraj zaskakuje, często zaskoczenie idzie w parze z rozczarowaniem. Jestem jedną z wielu Polaków, którzy trafili do Wilna na chwilę i którym ta chwila wydaje się czasami za długa.
Jako dziennikarka piszę o Litwie koncentrując się głównie na problemach mniejszości polskiej, wyborach czy głośnych skandalach. Tu opiszę jak wygląda życie na co dzień, nie tylko Polaka z Polski, ale też Litwina. Trzy lata to sporo, czas uporządkować wiedzę i wspomnienia.
Jako dziennikarka piszę o Litwie koncentrując się głównie na problemach mniejszości polskiej, wyborach czy głośnych skandalach. Tu opiszę jak wygląda życie na co dzień, nie tylko Polaka z Polski, ale też Litwina. Trzy lata to sporo, czas uporządkować wiedzę i wspomnienia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



