piątek, 11 marca 2016
Forum, którego nie było
Dla niezorientowanych informacja o wydarzeniu tutaj.
Wiele osób czytając relacje z forum polskich i litewskich mediów na Litwie zastanawiało się dlaczego nie ma w Wilnie Marii Przełomiec czy Jerzego Haszczyńskiego. Zaproszenia skierowane do Polski szły tak różną drogą, że proszę się tu nie dopatrywać złośliwości, a raczej braku znajomości tematu. To nie polska strona zawiodła tego dnia.
Zaczęło się bardzo optymistycznie. Największe litewskie redakcje wysłały do polskich dziennikarzy zaproszenie. Do wspólnej debaty na temat obecności obu krajów w naszych mediach oraz na temat propagandy rosyjskiej zapraszał dyrektor generalny Litewskiego Narodowego Radia i Telewizji, szefowa Delfi, redaktor naczelny grupy "Lietuvos Rytas", naczelny "Verslos zinios" oraz szef "Veidasa".
Chyba nikt z polskiej strony nie oczekiwał przełomu, chodziło o zwykłe nawiązanie znajomości. Osobiście liczyłam na pewną konfrontację z portalem Delfi i "Lietuvos Rytas", bez nadziei na zmiany.
Kiedy przyjechałam na Litwę w 2010 roku o Delfi nie mówiło się inaczej niż "antypolski portal". Z czasem nabrałam do tego określenia dystansu, ale widać, że teksty poświęcone AWPL bardzo dobrze się czytają (klikają). Stąd też nierzadko teksty poświęcone Polakom wzbogacane są zdjęciem Waldemara Tomaszewskiego. W ten sposób powiela się czy też utwierdza pewne negatywne skojarzenia. Lider AWPL jest w końcu jednym z najmniej lubianych polityków na Litwie.
Obecność Delfi była kusząca w kontekście debaty o wizerunku obu krajów w naszych mediach. Parę lat temu Delfi uruchomiło polskojęzyczną wersję. Dużo się wtedy mówiło, że to z inicjatywy litewskiego MSZ. Wydaje się, że od samego początku portalowi brakowało pomysłu do kogo polskojęzyczna strona ma być skierowana (do Polaków na Litwie czy Polaków w Polsce) i co najważniejsze od początku brakowało pieniędzy dla dziennikarzy, redaktorów, korektę. Ostatecznie budżet obcięto tak, że dziś polskojęzyczne Delfi tworzy jedna osoba.
Delfi mając pod ręką idealne narzędzie do poszerzania wiedzy na temat chociażby Litwy (polskojęzyczne portale na Litwie to przede wszystkim źródło dla Polaków z Polski) nie robi nic. Nawet nie udaje, że jej na polskojęzycznej stronie zależy.
Drugi godny uwagi autor zaproszenia to "Lietuvos Rytas", jeden z czołowych dzienników na Litwie. "Lietuvos Rytas" często publikuje korespondencje jednego autora z Warszawy. Wiele z nich to teksty niczym artykuły z "Faktu", zarówno pod względem tematyki jak i jakości. W Warszawie mówi się, że autor jest korespondentem dziennika. W Wilnie mówią, że to freelancer, który pisze dziwne rzeczy. To, że odpowiedzialność bierze redakcja jakoś się przemilcza.
Te kwestie chciałam poruszyć na czwartkowym forum. Nie było mi to jednak dane.
Kiedy usiedliśmy do stołu obrad okazało się, że właściwie jesteśmy prawie sami, tylko Polacy. Stronę litewską reprezentował redaktor Valatka oraz reprezentanci radia i telewizji. Nikogo z internetu, ani prasy, nikogo z redakcji, które nas zaprosiły: Delfi, "Lietuvos Rytas" czy "Verslos Zinios".
Nie przysłano nikogo w zastępstwie, nikogo kto by nawet tylko mówił "ja nic nie wiem". Szefowa Delfi, mimo podpisania zaproszenia na początku lutego, pojechała na narty w czasie forum. Nikogo nie przysłała w zastępstwie.
Dwa wnioski: litewskie media wcale nie chcą rozmawiać, ani o polskich sprawach, ani o propagandzie rosyjskiej, ani czym jest dziennikarstwo u nas. Drugi - pomysł zorganizowania forum nie wyszedł z ich strony czy też został im wręcz narzucony.
Drugi problem, nie mniej ważny od pierwszego.
Organizując forum litewskich i polskich mediów na Litwie nie można pomijać polskich mediów na Litwie. Tymczasem do dyskusji nie zaproszono nikogo z szerokiego grona polskich dziennikarzy. Ostatecznie, po różnych rozmowach, naciskach ze strony dziennikarzy z Polski, na sali obrad byli reprezentanci Wilnoteki, zw.lt i pl.delfi.lt.
Niestety chyba ich nie poinformowano, że rozmowy mają charakter tzw. Chatham House, czyli wolno cytować bez podawania autora słów. Przynajmniej tak było napisane na zaproszeniu. Mimo to w internecie można przeczytać dokładne relacje.
Każdy choć trochę się orientuje w sytuacji na Litwie, także Litwini, wie jak podzielone jest środowisko Polaków, szczególnie na linii Tomaszewski - Okińczyc. Każdy kto myśli naprawdę o porozumieniu, dialogu, wyrzekałby się przy organizowaniu forum jakichkolwiek gestów sympatii w którąkolwiek stronę. Tymczasem na obradach forum cały czas był obecny Czesław Okińczyc. To z góry skazywało to spotkanie na niechęć ze strony środowiska AWPL, szczególnie przy braku oficjalnych zaproszeń dla lokalnych polskich mediów.
Nie wiem komu miało służyć to spotkanie i jestem tak nim zawiedziona, że nie będę dociekać. Pewnie nie wszyscy mają takie wrażenia, TVP i Polskie Radio miały to szczęście, że spotkały się ze swoimi odpowiednikami. Dla mnie jednak, która mieszka od lat na Litwie, czyta litewską prasę i portale, jest w samym środku polko-polskiej wojenki, było to jedno z najbardziej przykrych doświadczeń.
niedziela, 27 grudnia 2015
Litewski PR, czyli polscy przedsiębiorcy po stronie Litwy
Dla formalności przypomnę.
Problemy polskiej mniejszości na Litwie dotyczą przede wszystkim szkolnictwa, zwrotu ziemi, oryginalnej pisowni nazwisk w dokumentach czy podwójnego nazewnictwa ulic w miejscowościach z przeważającą liczbą polskich mieszkańców. Mimo napięć w tej kwestii nasze dwustronne relacje w innych obszarach nie wyglądają najgorzej. Wystarczy spojrzeć chociażby na kwestie związane z postawą wobec Rosji i wojną na Ukrainie.
Polityka wobec mniejszości nie przeszkadza też w nawiązywaniu relacji biznesowych. Przedsiębiorcy z obu stron chętnie podkreślają jak to im się dobrze współpracuje mimo napięć na linii Warszawa-Wilno.
Nie wiem ile dokładnie firm i małych przedsiębiorstw współpracuje z partnerami z Litwy. Mamy taki Orlen czy LOT i spółki pracujące w sektorze energetycznym oraz pełno średnich i małych firm z całą gamą działalności. Większość z nich przynajmniej raz w miesiącu ma kontakt ze stroną litewską. Siłą rzeczy temat mniejszości polskiej na Litwie pojawia się prędzej czy później.
Co jakiś czas rozmawiam właśnie z takimi Polakami współpracującymi z Litwinami, zarówno z drobnymi przedsiębiorcami, jak i trochę większymi, a także pracownikami administracji publicznej.
Kiedy w trakcie rozmowy pojawia się temat Wileńszczyzny prawie zawsze z ich ust słyszę litewską wykładnię. Przyjmują bezkrytycznie to co o mniejszości mówią im Litwini. Nie tylko przyjmują, ale i powtarzają dalej.
Na przykład, że polskie szkolnictwo na Litwie wcale nie jest w takiej złej sytuacji. Tzn. jest, ale tak jak litewskie. Zamykane są te szkoły, gdzie nie ma uczniów, a że są to akurat polskie szkoły to akurat przypadek. Jeśli w miejscowości, w której należałoby wyremontować placówkę mniejszości pojawia się nowa, piękna szkoła litewska to tylko powód do radości przecież. Tylko w kwestii ujednoliconej matury świeci się jakaś lampka, że wprowadzanie takiego samego egzaminu bez okresu przejściowego mogło być niewłaściwe.
Pisownia oryginalnych nazwisk? Przecież Litwini nie są przeciwni, sami proponują, że jak Polak chce to sobie może na którejś tam stronie w paszporcie napisać nazwisko tak jak mu się to podoba. A Polacy ciągle tylko na nie. Polityka.
Słucha się tego i własnym uszom nie wierzy, że można z taką lekkością przyjmować to wszystko.
Zakładam , że taki właściciel np. firmy przewozowej nie ma czasu na regularne czytanie gazety czy przeglądanie internetu pod kątem wiadomości na temat wydarzeń politycznych na Litwie. Jeśli dzieje się coś spektakularnego jak strajk to Litwa przebija się do telewizji, inaczej wcale.
Jedynym źródłem informacji pozostaje litewski partner, który zwykle powtórza "oficjalne" stanowisko Litwy i mediów. Niezależnie od tego czy osobiście jakiegoś Polaka zna (widział kiedyś) czy nie.
Niestety w pewnym momencie rozmowy zaczyna brakować argumentów, bo bardzo często pojawia się postać Waldemara Tomaszewskiego. Lidera AWPL w prostej linii łączy się z Rosjanami, z Moskwą. W omawianie szerszego kontekstu nikt się nie bawi. "No ale jak Polacy świętują z Rosjanami Dzień Zwycięstwa to co się dziwić".
Słucha się tego ze smutkiem. Gdyby sektor prywatny w swoich kontaktach trochę jednak w sprawie Polaków z Litwy lobbował, choćby tylko stawiając opór stanowisku ich litewskich kolegów, to może byłaby to kolejna kropla drążąca skałę. Póki co słychać tylko stwierdzenia, że biznes do polityki się nie miesza. Dlaczego więc tylu polskich przedsiębiorców przedstawia mi litewską wykładnię?!
środa, 16 grudnia 2015
Wizyta Morawieckiego na Litwie. Warto pochwalić.
W poniedziałek z okazji otwarcia mostu energetycznego Litwa-Polska do Wilna poleciał minister rozwoju Mateusz Morawiecki. Zaproszenie dostała premier Beata Szydło, więc Morawiecki na Litwie był raczej jako wicepremier niż minister i tak go też tytułowano.
Na dwie rzeczy chciałam zwrócić uwagę. Obie pozytywne.
Było dużo zamieszania z tą wizytą. Kiedy w zeszłym tygodniu pytałam czy Morawiecki spotka się z mniejszością polską na Litwie dostałam odpowiedź - nie ma takiego punktu programu. W poniedziałek jednak prosto z lotniska wicepremier pojechał do restauracji na wileńskiej starówce. Tam spotkał się z liderem Akcji Wyborczej Polaków na Litwie Waldemarem Tomaszewskim i Czesławem Okińczycem, biznesmenem, założycielem Radia znad Wilii, sygnatariuszem aktu niepodległości Litwy (najbardziej znaczący tytuł jaki można mieć w tym kraju) oraz doradcą premiera. Z inicjatywą wyszła Warszawa. Nie wiem kiedy, ale o samym spotkaniu miejscowe media dowiedziały się godzinę wcześniej.
Polska mniejszość na Litwie skarży się na problemy z oświatą, zwrotem ziemi, podwójnymi nazwami ulic czy oryginalną pisownią nazwisk w paszportach. Problem polega na tym, że przekaz z Wileńszczyzny zdominowany jest przez AWPL, tymczasem różne środowiska mają odmienne wizje rozwiązywania tych kwestii. Czasem bardzo skrajne. Tak to bywa. (Trochę na ten temat w poprzednim wpisie).
Tu jednak trzeba wspomnieć, że kierownictwo AWPL nie do końca przyjmuje do wiadomości, że ktoś może mieć odmienne zdanie. Króluje zasada kto nie znami, ten przeciwko nam, a krytyka równa się zdrada.
AWPL przez lata wyrobiło sobie silną pozycję w Warszawie jako jedyna reprezentacja mniejszości, jedyny jej głos. Uzasadniano to m.in. wyborami dzięki którym AWPL zdobywała władzę w samorządach, mandaty w sejmie, a niedawno nawet tekę ministra.
Warszawa przymykała oko na współpracę Polaków z Rosjanami (także prokremlowskimi) zwalając winę na Litwinów i ich dyskryminującą wobec mniejszości postawę. Do czasu wojny na Ukrainie.
Brak otwartej krytyki inwazji na Ukrainę ze strony Tomaszewskiego czy podważanie sensu Euromajdanu wywołało u niektórych polityków w Polsce irytację. Kiedy więc marszałek Bogdan Borusewicz gościł w Wilnie spotkał się m.in. z Polskim Klubem Dyskusyjnym dając w ten sposób wyraz, że dostrzega inne opcje niż AWPL. Ze strony polskiej partii spotkała go ostra krytyka łącznie z paszkwilem w internecie.
Kiedy PiS doszedł do władzy zapowiedziano nowe otwarcie w stosunkach polsko-litewskich. Różne myśli przychodziły do głowy, bo choć w MSZ pojawiły się takie osoby jak Żurawski vel Grajewski (tu wywiad z nim o Litwie), to i w Sejmie jest poseł Artur Górski, który obok ciekawych inicjatyw w jednym z wywiadów stwierdził, że to AWPL należy przede wszystkim słuchać w kwestiach Litwy.
W tym całym kontekście spotkanie wicepremiera Morawieckiego z Tomaszewskim i Okińczycem należy pochwalić. Bez zbędnej otoczki bukietów, hołdów i akademii zespołów ludowych. Krótka rozmowa, która ma nie tyle pokazać, że Warszawa stoi po czyjeś stronie, ale że dostrzega różne stanowiska i chce ze wszystkimi współpracować. Jak rozumiem dla dobra wszystkich Polaków na Litwie.
Czas pokaże czy Warszawa ma rzeczywiście pomysł na to tzw. nowe otwarcie.
Druga sprawa to oficjalne otwarcie połączenia energetycznego z Litwą. Miła uroczystość w Pałacu Władców. Silny akcent na bezpieczeństwo i niezależność. Przemawiali w tym tonie wszyscy po kolei prezydent Dalia Grybauskaite, premier Litwy oraz Estonii i Łotwy, a także nasz wicepremier. Przemówienie Morawieckiego (dużo pewnie dała swoboda wypowiadania się po angielsku) było życzliwe. Tak po prostu. Morawiecki kładł nacisk jak ważna jest współpraca między sąsiadami, w szerokim kontekście też krajów bałtyckich, jak to za konflikty odpowiedzialny jest kraj spoza UE. Wyraził też gotowość do rozmów na temat synchronizacji Litwy (litewskie sieci nadal zsynchronizowane są z Rosją), a jak wiadomo Polska strona do tej pory skora do tego jakoś wyraźnie nie była.
Przyzwyczajona jestem, że ze spotkań polsko-litewskich mało co wynika (relacje pozostają bez zmian i sytuacja mniejszości, Orlenu etc. też) odnotowuję tylko, że było miło. Nie zawsze jest.
Na marginesie, to o czym wspominałam na Twitterze. Pierwszy raz w ciągu tych ostatnich już ponad pięciu lat jak śledzę z bliska nasze relacje, litewskie media nie były zainteresowane wicepremierem Polski. Przybył pierwszy członek nowego rządu, z kraju z którego mniejszością "są kłopoty", ale co ważniejsze z sąsiedniego kraju, w którym dzieje się teraz co się dzieje. Niezależnie od tego jak ocenia się te wydarzenia, komentarz z pierwszej ręki jest czymś cennym. A tu nic.
wtorek, 24 listopada 2015
Polak na Litwie swój rozum ma
CZĘŚĆ I PiS i AWPL - groteska
Poniżej zapowiadany ciąg dalszy.
Przyjęło się zakładać, że mniejszość polska to jakaś tam masa, która tylko oczekuje pomocy Warszawy. Jakiegoś tupnięcia nogą, które zrobi porządek z Litwinami. Dopiero w obliczu konfliktu na Ukrainie zaczęto publicznie dyskutować o roli rosyjskiej propagandy. Tymczasem Polacy na Litwie od lat oglądają przede wszystkim kremlowskie kanały. Nie ma się co dziwić, bo do wyboru mają TV Polonię i telewizje litewskie. Wszystko tak samo nudne i niestety w wielu przypadkach, tak samo niezrozumiałe. Owszem, dobrze by było, by Polacy na Litwie mieli dostęp do szeregu bezpłatnych polskich kanałów, ale to nie rozwiąże problemów.
Pisałam to już kiedyś. Nie traktujmy Polaków na Litwie jak małych dzieci. Nawet jeśli tego oczekują. Nie trzeba zawsze wszystkiego wpychać do ręki. Każdy ma swój rozum. Nie każdego stać na talerz satelitarny, by zapewnić sobie dostęp do polskich stacji. Jasne, ale to czy łyka przekaz, że Putin jest wybawcą Krymu w dużej mierze zależy od człowieka i jego środowiska. Jeśli czołowi lokalni politycy będą tłumaczyć, że Krym nie jest ukraiński, to polska telewizja nikogo nie przekona.
Prawa polskiej mniejszości nie będą na Litwie respektowane dopóki Litwa na to nie pozwoli. To kiedy tak się stanie, jeśli w ogóle zależy od kogoś poza politykami w Wilnie, to zależy od samej mniejszości. To Polacy na Litwie decydują z kim się kontaktują, czy z prokremlowskimi Rosjanami czy środowiskami z Korony, którzy malują na murach napisy "Wilno nasze".
Nie mam gotowej recepty jak zmienić Litwinów. W pamięci narodowej pielęgnuje się wiele tragicznych wydarzeń, które mają jednoczyć społeczeństwo. Są to wydarzenia wielkiej wagi jak atak armii radzieckiej na obrońców wieży telewizyjnej, ale i postawa Polaków podczas głosowania nad przywróceniem niepodległości. Z pozoru nic nie znaczące negatywne przykłady dotyczące Polski znajduje się jeszcze w podręcznikach do historii.
Korespondent czołowego dziennika litewskiego w Warszawie w święto 11 listopada napisał oburzony tekst, że przed pałacem prezydenckim stoi wystawa - zdjęcie mapy II Rzeczpospolitej (patrz polskie Wilno). Czy naprawdę jest się o co oburzać i powtarzać, że Polska powinna przeprosić za okupację Wilna?
Moje najmilsze wspomnienie z Litwy dotyczy pracy nad wywiadami do "Dużego Formatu". Moim najwspanialszym rozmówcą w ciągu wszystkich lat była autorka kryminałów Birutė Mackonytė (rocznik 1928), jak mówi córka Polakożercy. Nikt nie mówił do mnie piękniejszą polszczyzną niż ta Litwinka i też nikt nie wyrażał się cieplej o Polsce. Wklejam część rozmowy z nią, na koniec. (dla wątpiących - nie idealizuję polityki Warszawy wobec Litwinów w czasie II RP).
- Urodziłam się w 1928 roku. Dzieciństwo spędziłam w tym domu na Zwierzyńcu, mój ojciec wybudował go w 1936 roku. Odzyskaliśmy go niedawno. Przed wojną na tej ulicy oprócz nas mieszkali sami Polacy i myśmy się wszyscy razem bawili. Nie było pytań, czy ja jestem Litwinka, czy Polka, wszyscy rozmawialiśmy po polsku i zabawy po polsku były. Do tej pory pamiętam: "Dzień dobry, panie królu. Dzień dobry, dziatki. Gdzieście były, coście robiły...". Nie wiem, czy takie zabawy w Polsce jeszcze są.
Czyli polskiego nauczyła się pani na podwórku, od dzieci?
- Nie. Od pierwszych lat mojego życia język polski był naokoło, i w sklepach, i wszędzie, gdzie chodziłam, i na ulicy. Potem w szkole był język polski. Zdaje mi się, że jedna lekcja codziennie. To był język państwowy i tego się uczyliśmy. A nigdy nie zapomniałam go, bo w czasach sowieckich jedyna prasa taka bardziej zachodnia to była polska prasa. Dostawaliśmy wszystkie czasopisma i gazety, "Przekrój" i "Kobieta i Życie". "Życie Literackie" cały czas czytałam.
Kiedyś jeden polski historyk, którego spotkałam na jakiejś konferencji, się śmiał, że córka "polakożercy" tak świetnie mówi po polsku. Bo mój ojciec przecież był litewskim działaczem antypolskim.
Jak więc wyglądało życie córki "polakożercy" w czasie polskiej okupacji?
- Absolutnie normalnie. Czy to była prawdziwa okupacja? Historycznie tak. To jest pogląd historyków. Nie ma wątpliwości, że było prześladowanie szkół litewskich i Litwinów. Kiedyś spytałam historyka z Polski, dlaczego tak prześladowano Litwinów. Odpowiedział: proszę pani, to dlatego, że Polska nie była pewna swojej państwowości, więc trzeba było tę państwowość cały czas potwierdzać.
Pani ojciec nie raz był aresztowany. Pamięta pani, za jakie artykuły?
- W Wilnie wychodziło kilka gazet litewskich. Ojciec pisał artykuły, właściwie nie antypolskie, lecz o prześladowaniach. Dotyczyły one też najważniejszego pytania: czym jest Wilno. Czy to kresowe miasto Polski, czy stolica Litwy. Chyba trzy razy trafił za nie do aresztu na kilka tygodni, miesiąc.
Ale to wszystko było bardzo zawiłe. Piłsudski, zdaje się w 1922 roku, przemawiał do wilnian w teatrze wileńskim. Mowa była bardzo ciekawa, emocjonalna, powiedział, że Wilno jest wybudowane rękami i głowami Litwinów. ["Wilno wstępuje obecnie w nowe życie, życie, które formuje się inaczej niż to, jakie dawała historyczna jego przeszłość; Wilno, wyniesione do rzędu stolic () nie ręką polską, lecz podczas wielkich wysiłków narodu litewskiego"]. To pogląd Piłsudskiego na Wilno. O tym też się dyskutuje, bo on przecież tak kochał Litwę, w której jego przodkowie mieszkali. Czytaliśmy o tym, uczyliśmy się, jak on koniecznie chciał i marzył, żeby Wilno przynależało do Polski. Z tej miłości.
Mimo tych rodzinnych doświadczeń pani przychylnie wypowiada się o Polakach.
- Kiedy się spotykamy z Polakami, zawsze zbliża nas to, że jesteśmy obywatelami Wilna, jesteśmy wilnianami. Wilno ma swoją aurę, swoje tajemnice, nie zawsze zrozumiałe dla Polaków z Korony. Naprawdę trudno tu zrozumieć, kto jest zlituanizowany, a kto spolszczony. Nawet papież, kiedy tutaj był, też się tak wyraził, że mieszkają tutaj Polacy z krwią litewską i Litwini z krwią polską.
Gdyby inteligencja polska w Wilnie została, byłoby troszkę inaczej. Ale musieli wyjechać, bo okupacja sowiecka była straszna. Z jednej strony Syberia, więzienie, rozstrzelania, z drugiej takie prześladowanie moralne. Ani pani, ani nawet mój syn, który ma już prawie 60 lat, nie możecie sobie wyobrazić sowieckiej rzeczywistości. Jedyna książka, w której można o tym przeczytać, to jest "Rok 1984" Orwella. To jedyna powieść, gdzie znalazłam taką atmosferę.
Skąd więc te współczesne konflikty?
- Inteligencja polska wyjechała, a zostali ci, którzy żyli wokół Wilna. Niektórym bardzo trudno było przejść na język litewski. I mieli te same aspiracje narodowe jak kiedyś Litwini. I ten sam sprzeciw wobec wszystkiego co "nie nasze".
Kiedyś to chyba była też gra polityczna Sowietów, żeby skłócić Polaków z Litwinami. Teraz to jest wojna ambicji ludzi, którzy mają władzę. Z jednej i z drugiej strony. Dla każdego polityka gra o przeszłość to jednocześnie gra o przyszłość.
Poniżej zapowiadany ciąg dalszy.
Przyjęło się zakładać, że mniejszość polska to jakaś tam masa, która tylko oczekuje pomocy Warszawy. Jakiegoś tupnięcia nogą, które zrobi porządek z Litwinami. Dopiero w obliczu konfliktu na Ukrainie zaczęto publicznie dyskutować o roli rosyjskiej propagandy. Tymczasem Polacy na Litwie od lat oglądają przede wszystkim kremlowskie kanały. Nie ma się co dziwić, bo do wyboru mają TV Polonię i telewizje litewskie. Wszystko tak samo nudne i niestety w wielu przypadkach, tak samo niezrozumiałe. Owszem, dobrze by było, by Polacy na Litwie mieli dostęp do szeregu bezpłatnych polskich kanałów, ale to nie rozwiąże problemów.
Pisałam to już kiedyś. Nie traktujmy Polaków na Litwie jak małych dzieci. Nawet jeśli tego oczekują. Nie trzeba zawsze wszystkiego wpychać do ręki. Każdy ma swój rozum. Nie każdego stać na talerz satelitarny, by zapewnić sobie dostęp do polskich stacji. Jasne, ale to czy łyka przekaz, że Putin jest wybawcą Krymu w dużej mierze zależy od człowieka i jego środowiska. Jeśli czołowi lokalni politycy będą tłumaczyć, że Krym nie jest ukraiński, to polska telewizja nikogo nie przekona.
Prawa polskiej mniejszości nie będą na Litwie respektowane dopóki Litwa na to nie pozwoli. To kiedy tak się stanie, jeśli w ogóle zależy od kogoś poza politykami w Wilnie, to zależy od samej mniejszości. To Polacy na Litwie decydują z kim się kontaktują, czy z prokremlowskimi Rosjanami czy środowiskami z Korony, którzy malują na murach napisy "Wilno nasze".
Nie mam gotowej recepty jak zmienić Litwinów. W pamięci narodowej pielęgnuje się wiele tragicznych wydarzeń, które mają jednoczyć społeczeństwo. Są to wydarzenia wielkiej wagi jak atak armii radzieckiej na obrońców wieży telewizyjnej, ale i postawa Polaków podczas głosowania nad przywróceniem niepodległości. Z pozoru nic nie znaczące negatywne przykłady dotyczące Polski znajduje się jeszcze w podręcznikach do historii.
Korespondent czołowego dziennika litewskiego w Warszawie w święto 11 listopada napisał oburzony tekst, że przed pałacem prezydenckim stoi wystawa - zdjęcie mapy II Rzeczpospolitej (patrz polskie Wilno). Czy naprawdę jest się o co oburzać i powtarzać, że Polska powinna przeprosić za okupację Wilna?
Moje najmilsze wspomnienie z Litwy dotyczy pracy nad wywiadami do "Dużego Formatu". Moim najwspanialszym rozmówcą w ciągu wszystkich lat była autorka kryminałów Birutė Mackonytė (rocznik 1928), jak mówi córka Polakożercy. Nikt nie mówił do mnie piękniejszą polszczyzną niż ta Litwinka i też nikt nie wyrażał się cieplej o Polsce. Wklejam część rozmowy z nią, na koniec. (dla wątpiących - nie idealizuję polityki Warszawy wobec Litwinów w czasie II RP).
- Urodziłam się w 1928 roku. Dzieciństwo spędziłam w tym domu na Zwierzyńcu, mój ojciec wybudował go w 1936 roku. Odzyskaliśmy go niedawno. Przed wojną na tej ulicy oprócz nas mieszkali sami Polacy i myśmy się wszyscy razem bawili. Nie było pytań, czy ja jestem Litwinka, czy Polka, wszyscy rozmawialiśmy po polsku i zabawy po polsku były. Do tej pory pamiętam: "Dzień dobry, panie królu. Dzień dobry, dziatki. Gdzieście były, coście robiły...". Nie wiem, czy takie zabawy w Polsce jeszcze są.
Czyli polskiego nauczyła się pani na podwórku, od dzieci?
- Nie. Od pierwszych lat mojego życia język polski był naokoło, i w sklepach, i wszędzie, gdzie chodziłam, i na ulicy. Potem w szkole był język polski. Zdaje mi się, że jedna lekcja codziennie. To był język państwowy i tego się uczyliśmy. A nigdy nie zapomniałam go, bo w czasach sowieckich jedyna prasa taka bardziej zachodnia to była polska prasa. Dostawaliśmy wszystkie czasopisma i gazety, "Przekrój" i "Kobieta i Życie". "Życie Literackie" cały czas czytałam.
Kiedyś jeden polski historyk, którego spotkałam na jakiejś konferencji, się śmiał, że córka "polakożercy" tak świetnie mówi po polsku. Bo mój ojciec przecież był litewskim działaczem antypolskim.
Jak więc wyglądało życie córki "polakożercy" w czasie polskiej okupacji?
- Absolutnie normalnie. Czy to była prawdziwa okupacja? Historycznie tak. To jest pogląd historyków. Nie ma wątpliwości, że było prześladowanie szkół litewskich i Litwinów. Kiedyś spytałam historyka z Polski, dlaczego tak prześladowano Litwinów. Odpowiedział: proszę pani, to dlatego, że Polska nie była pewna swojej państwowości, więc trzeba było tę państwowość cały czas potwierdzać.
Pani ojciec nie raz był aresztowany. Pamięta pani, za jakie artykuły?
- W Wilnie wychodziło kilka gazet litewskich. Ojciec pisał artykuły, właściwie nie antypolskie, lecz o prześladowaniach. Dotyczyły one też najważniejszego pytania: czym jest Wilno. Czy to kresowe miasto Polski, czy stolica Litwy. Chyba trzy razy trafił za nie do aresztu na kilka tygodni, miesiąc.
Ale to wszystko było bardzo zawiłe. Piłsudski, zdaje się w 1922 roku, przemawiał do wilnian w teatrze wileńskim. Mowa była bardzo ciekawa, emocjonalna, powiedział, że Wilno jest wybudowane rękami i głowami Litwinów. ["Wilno wstępuje obecnie w nowe życie, życie, które formuje się inaczej niż to, jakie dawała historyczna jego przeszłość; Wilno, wyniesione do rzędu stolic () nie ręką polską, lecz podczas wielkich wysiłków narodu litewskiego"]. To pogląd Piłsudskiego na Wilno. O tym też się dyskutuje, bo on przecież tak kochał Litwę, w której jego przodkowie mieszkali. Czytaliśmy o tym, uczyliśmy się, jak on koniecznie chciał i marzył, żeby Wilno przynależało do Polski. Z tej miłości.
Mimo tych rodzinnych doświadczeń pani przychylnie wypowiada się o Polakach.
- Kiedy się spotykamy z Polakami, zawsze zbliża nas to, że jesteśmy obywatelami Wilna, jesteśmy wilnianami. Wilno ma swoją aurę, swoje tajemnice, nie zawsze zrozumiałe dla Polaków z Korony. Naprawdę trudno tu zrozumieć, kto jest zlituanizowany, a kto spolszczony. Nawet papież, kiedy tutaj był, też się tak wyraził, że mieszkają tutaj Polacy z krwią litewską i Litwini z krwią polską.
Gdyby inteligencja polska w Wilnie została, byłoby troszkę inaczej. Ale musieli wyjechać, bo okupacja sowiecka była straszna. Z jednej strony Syberia, więzienie, rozstrzelania, z drugiej takie prześladowanie moralne. Ani pani, ani nawet mój syn, który ma już prawie 60 lat, nie możecie sobie wyobrazić sowieckiej rzeczywistości. Jedyna książka, w której można o tym przeczytać, to jest "Rok 1984" Orwella. To jedyna powieść, gdzie znalazłam taką atmosferę.
Skąd więc te współczesne konflikty?
- Inteligencja polska wyjechała, a zostali ci, którzy żyli wokół Wilna. Niektórym bardzo trudno było przejść na język litewski. I mieli te same aspiracje narodowe jak kiedyś Litwini. I ten sam sprzeciw wobec wszystkiego co "nie nasze".
Kiedyś to chyba była też gra polityczna Sowietów, żeby skłócić Polaków z Litwinami. Teraz to jest wojna ambicji ludzi, którzy mają władzę. Z jednej i z drugiej strony. Dla każdego polityka gra o przeszłość to jednocześnie gra o przyszłość.
czwartek, 19 listopada 2015
PiS i AWPL - groteska
Nowa władza w Polsce sprawiła, że znowu wypłynął temat stosunków polsko-litewskich. Miło sobie porozmawiać, ponarzekać i pogrozić jak to nie będziemy poświęcać interesów polskiej mniejszości, ale w naszych relacjach nic się nie zmieni.
Niezależnie od tego jak bardzo uprzemy się przy twierdzeniu, że Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zbija kapitał na konflikcie z władzą, to za obecną sytuację odpowiedzialna jest przede wszystkim Litwa. Oryginalnej pisowni nazwisk czy zwrotu ziemi nie doczekamy się, dopóki w litewskiej elicie politycznej nie dojdzie do zmiany. Już niejeden polityk w Wilnie obiecywał realizację postulatów polskiej mniejszości ściskając dłoń gościa z Warszawy. Nie widzę powodu by wierzyć kolejnym deklaracjom, jeśli takowe w ogóle będą. Sytuacja bowiem się trochę bardziej skomplikowała.
AWPL od lat w wyborach startuje z Aliansem Rosjan. Wszyscy przymykali na to oko tłumacząc, że to Litwini pchają Polaków w ręce Rosjan. Trudno jednak trzymać się tej wersji, kiedy lider AWPL Waldemar Tomaszewski publicznie twierdzi, że Krym jest rosyjski i razem z Rosjanami świętuje Dzień Zwycięstwa.
Pojawiły się więc głosy, że Warszawa powinna upomnieć Tomaszewskiego, przywrócić do pionu czy też pozbawić finansowania. Tylko pytanie - Warszawa czyli właściwie kto? MSZ, sejm, senat, prezydent Polski? Skoro na każdym kroku podkreślamy, że Tomaszewski jest litewskim politykiem, niezależnym, niesterowanym przez Warszawę, to na jakiej podstawie Warszawa ma go upominać?
Jeśli naniesiemy to na obecne realia. Do władzy doszedł PiS, który za Polakami na Litwie zwykle stoi murem, który wprawdzie Niemcom w Polsce podwójnego nazewnictwa żałuje, ale za takowe na Wileńszczyźnie jest nawet w stanie płacić kary. PiS, który ma jasne stanowisko wobec Rosji i wydarzeń na Ukrainie zaprasza Tomaszewskiego - negującego Majdan - na swój wieczór wyborczy. Kaczyński ściskający rękę Tomaszewskiego to groteska przecież.
Więc może odcięcie od finansowania lidera AWPL, jak sugerują niektórzy? Różne osoby ze środowiska mniejszości polskiej na Litwie od lat narzekają, że pieniądze z Polski trafiają do tych samych podmiotów. To są dobrze utarte ścieżki i dobrze znające się osoby. W ocenia dających i pobierających finansowanie system ten działa prawidłowo. Odcinanie Tomaszewskiego od pieniędzy godziłoby w ich własne interesy. Szanse na zmiany znikome.
Na Litwie mieszka blisko 200 tys. Polaków (trochę to umowna liczba), 6 proc. społeczeństwa Litwy. To miasto wielkości Torunia. Mówiąc o mniejszości często traktujemy ją jak jednolitą masę. Przyznaję, że z braku miejsca często się też tak pisze w gazetach. Chodzi przecież głównie o kwestie praw mniejszości, więc piszemy Polakom zabrania się tego i owego etc.
Tymczasem te 200 tys. to niesamowita mieszanina osób z bardzo różnymi doświadczeniami odnośnie Polski, z różnymi światopoglądami. Są tacy, którzy studiowali w Polsce, kończyli polskie szkoły w Wilnie, którzy wychowując się na Litwie byli na bieżąco z tym co działo się u nas w kraju. Cała masa osób jednak dorastała nie w polskiej czy litewskiej kulturze, ale sowieckiej, a później rosyjskiej. Przy całej mojej sympatii dla mniejszości polskiej na Litwie. Chodziłam na wiece w obronie polskiego szkolnictwa na Litwie i nieraz nie rozumiałam dialogów młodzieży. Przekonana, że to Rosjanie dopytywałam o szkołę i zawsze okazywało się, że to uczniowie polskiej placówki.
Przebudzenie, że na mniejszość polską może należy spojrzeć inaczej, przyszło kiedy AWPL weszła do rządu. Wtedy pojawiły się projekty ustaw o ochronie życia poczętego czy kwestie religii w szkołach. Co niektórzy w Polsce ze zdziwienia przecierali oczy, że wspieramy (my jako Polska) takich konserwatystów czy nawet jak to niektórzy pisali "ciemnogród". AWPL tymczasem nigdy nie kryło swoich poglądów. Chrystus już parę lat temu został koronowany na Króla Wileńszczyzny, a Tomaszewski w każdym wywiadzie powołuje się na Jana Pawła II. Jeśli Polak to jasne jest, że katolik. Koniec i kropka. To co tak niektórych bulwersowało wtedy w Polsce, nie było niczym nowym dla czytelników "Naszego Dziennika". Dla środowisk prawicowych Polacy na Litwie są ostoją chrześcijaństwa, wiary ojców itd. Znowu jednolita masa.
To co zdaje się przechodzić zupełnie cichaczem w Polsce to współpraca młodzieży polskiej z Litwy z Młodzieżą Wszechpolską i Ruchem Narodowym. Narodowcom z Polski nie przeszkadzało, że na protest w obronie polskich szkół w Wilnie nikt z organizatorów ich nie zapraszał. Ba, nawet proszono by nie przyjeżdżali. Przyjechali. Szli na końcu parotysięcznego tłumu. Pasowali tam jak pięść do nosa, bo jak AWPL robi protesty to jest z góry narzucony szyk i styl. Liczyło się jednak, że przyjechali. Regularnie bywają na Litwie rozdając chociażby polskie flagi ludziom wychodzącym z niedzielnej mszy. Spotykają się utworzoną na Litwie Młodzieżą Patriotyczną. Osoby o bardzo jasnych poglądach (pozwolicie, że nie będę wyrażać tu swojej oceny) potrafiły znaleźć drogę (nie bez inicjatywy samych zainteresowanych) do młodzieży na Litwie. Nawiązać współpracę i przekazać sporą część swoich poglądów.
CDN.
Niezależnie od tego jak bardzo uprzemy się przy twierdzeniu, że Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zbija kapitał na konflikcie z władzą, to za obecną sytuację odpowiedzialna jest przede wszystkim Litwa. Oryginalnej pisowni nazwisk czy zwrotu ziemi nie doczekamy się, dopóki w litewskiej elicie politycznej nie dojdzie do zmiany. Już niejeden polityk w Wilnie obiecywał realizację postulatów polskiej mniejszości ściskając dłoń gościa z Warszawy. Nie widzę powodu by wierzyć kolejnym deklaracjom, jeśli takowe w ogóle będą. Sytuacja bowiem się trochę bardziej skomplikowała.
AWPL od lat w wyborach startuje z Aliansem Rosjan. Wszyscy przymykali na to oko tłumacząc, że to Litwini pchają Polaków w ręce Rosjan. Trudno jednak trzymać się tej wersji, kiedy lider AWPL Waldemar Tomaszewski publicznie twierdzi, że Krym jest rosyjski i razem z Rosjanami świętuje Dzień Zwycięstwa.
Pojawiły się więc głosy, że Warszawa powinna upomnieć Tomaszewskiego, przywrócić do pionu czy też pozbawić finansowania. Tylko pytanie - Warszawa czyli właściwie kto? MSZ, sejm, senat, prezydent Polski? Skoro na każdym kroku podkreślamy, że Tomaszewski jest litewskim politykiem, niezależnym, niesterowanym przez Warszawę, to na jakiej podstawie Warszawa ma go upominać?
Jeśli naniesiemy to na obecne realia. Do władzy doszedł PiS, który za Polakami na Litwie zwykle stoi murem, który wprawdzie Niemcom w Polsce podwójnego nazewnictwa żałuje, ale za takowe na Wileńszczyźnie jest nawet w stanie płacić kary. PiS, który ma jasne stanowisko wobec Rosji i wydarzeń na Ukrainie zaprasza Tomaszewskiego - negującego Majdan - na swój wieczór wyborczy. Kaczyński ściskający rękę Tomaszewskiego to groteska przecież.
Więc może odcięcie od finansowania lidera AWPL, jak sugerują niektórzy? Różne osoby ze środowiska mniejszości polskiej na Litwie od lat narzekają, że pieniądze z Polski trafiają do tych samych podmiotów. To są dobrze utarte ścieżki i dobrze znające się osoby. W ocenia dających i pobierających finansowanie system ten działa prawidłowo. Odcinanie Tomaszewskiego od pieniędzy godziłoby w ich własne interesy. Szanse na zmiany znikome.
Na Litwie mieszka blisko 200 tys. Polaków (trochę to umowna liczba), 6 proc. społeczeństwa Litwy. To miasto wielkości Torunia. Mówiąc o mniejszości często traktujemy ją jak jednolitą masę. Przyznaję, że z braku miejsca często się też tak pisze w gazetach. Chodzi przecież głównie o kwestie praw mniejszości, więc piszemy Polakom zabrania się tego i owego etc.
Tymczasem te 200 tys. to niesamowita mieszanina osób z bardzo różnymi doświadczeniami odnośnie Polski, z różnymi światopoglądami. Są tacy, którzy studiowali w Polsce, kończyli polskie szkoły w Wilnie, którzy wychowując się na Litwie byli na bieżąco z tym co działo się u nas w kraju. Cała masa osób jednak dorastała nie w polskiej czy litewskiej kulturze, ale sowieckiej, a później rosyjskiej. Przy całej mojej sympatii dla mniejszości polskiej na Litwie. Chodziłam na wiece w obronie polskiego szkolnictwa na Litwie i nieraz nie rozumiałam dialogów młodzieży. Przekonana, że to Rosjanie dopytywałam o szkołę i zawsze okazywało się, że to uczniowie polskiej placówki.
Przebudzenie, że na mniejszość polską może należy spojrzeć inaczej, przyszło kiedy AWPL weszła do rządu. Wtedy pojawiły się projekty ustaw o ochronie życia poczętego czy kwestie religii w szkołach. Co niektórzy w Polsce ze zdziwienia przecierali oczy, że wspieramy (my jako Polska) takich konserwatystów czy nawet jak to niektórzy pisali "ciemnogród". AWPL tymczasem nigdy nie kryło swoich poglądów. Chrystus już parę lat temu został koronowany na Króla Wileńszczyzny, a Tomaszewski w każdym wywiadzie powołuje się na Jana Pawła II. Jeśli Polak to jasne jest, że katolik. Koniec i kropka. To co tak niektórych bulwersowało wtedy w Polsce, nie było niczym nowym dla czytelników "Naszego Dziennika". Dla środowisk prawicowych Polacy na Litwie są ostoją chrześcijaństwa, wiary ojców itd. Znowu jednolita masa.
To co zdaje się przechodzić zupełnie cichaczem w Polsce to współpraca młodzieży polskiej z Litwy z Młodzieżą Wszechpolską i Ruchem Narodowym. Narodowcom z Polski nie przeszkadzało, że na protest w obronie polskich szkół w Wilnie nikt z organizatorów ich nie zapraszał. Ba, nawet proszono by nie przyjeżdżali. Przyjechali. Szli na końcu parotysięcznego tłumu. Pasowali tam jak pięść do nosa, bo jak AWPL robi protesty to jest z góry narzucony szyk i styl. Liczyło się jednak, że przyjechali. Regularnie bywają na Litwie rozdając chociażby polskie flagi ludziom wychodzącym z niedzielnej mszy. Spotykają się utworzoną na Litwie Młodzieżą Patriotyczną. Osoby o bardzo jasnych poglądach (pozwolicie, że nie będę wyrażać tu swojej oceny) potrafiły znaleźć drogę (nie bez inicjatywy samych zainteresowanych) do młodzieży na Litwie. Nawiązać współpracę i przekazać sporą część swoich poglądów.
CDN.
czwartek, 22 października 2015
Gruzja pogrąża się w chaosie [znowu]
Rustavi 2 jest najpopularniejszym kanałem w Gruzji. Ze wspaniałą historią powiązaną z rewolucją róż. Kiedy w 2003 roku oficjalne wyniki mówiły o wygranej partii Szewardnadze, Rustavi 2 opublikowało exit poll dające zwycięstwo Saakaszwilemu.
Kanał z lokalnej stacji szybko wszedł na szczyt. Jeśli chodzi o zasięg i wpływy z reklam, nie ma praktycznie konkurencji. Nie jest tajemnicą, że jest to opozycyjna wobec Gruzińskiego Marzenia stacja. Na jej czele stoi były min. edukacji, sprawiedliwości i z-ca prokuratora generalnego (wszechstronny człowiek).
Telewizja przez całe rządy Saakaszwilego przechodziła z ręki do ręki, w zależności od tego kto akurat był blisko władzy. W sierpniu tego roku jeden z byłych właścicieli Rustavi 2 wniósł sprawę do sądu. Twierdzi, że bezprawnie odebrano mu udziały w 2006 roku. O tym, że bezprawnie je pozyskał nie ma słowa.
Partia Saakaszwilego Zjednoczony Ruch Narodowy (ZRN) wykorzystał moment i rozpoczął kampanię pt. Gruzińskie Marzenie urządza zamach na wolne media. Transparency International przyznaje, że postępowanie prokuratury ma znamiona działań motywowanych politycznie. Inne organizacje pozarządowe też krytykują śledczych, ale coraz mniej wierzę w ich bezstronność.
Wyrok miał być dziś, ale sąd przerwał w czwartek przesłuchania. Trudno się dziwić jak się cały dzień słyszy od czołowych polityków - prezydent, premier, minister sprawiedliwości - że ma się dobrze zastanowić, zanim wyda wyrok. Kolejne przesłuchania w poniedziałek, ale kiedy zostanie wydany wyrok nie wiadomo.
ZRN zwołuje ludzi przy siedzibie stacji i zapowiada, że będzie bronił Rustavi 2 i wolnych mediów do końca.
Hipokryzja pełna, jeśli przypomnieć atak na telewizję Imedi w 2007 roku. Wtedy to podczas ulicznych zamieszek w stolicy policja zdemolowała redakcję stacji. Imedi zamknięto, a jego właściciela Badriego Patarkatsiszwilego praktycznie zmuszono do opuszczenia kraju. Miliarder zmarł później w podejrzanych okolicznościach w Londynie.
W 2010 roku Transparency International oceniając działania Saakaszwilego mówiła, że media miały więcej wolności za czasów Szewardnadze. Komitet Obrony Dziennikarzy z USA oskarżał prezydenta o wywieranie nacisków na media. Taka dygresja.
Wracając do czwartkowych wydarzeń. Prezydent wywodzący się z Gruzińskiego Marzenia kreuje się teraz na kogoś ponad podziałami. Kiedy sąd dziś pracował, zaprosił do siebie dziennikarzy i polityków, a opozycyjna partia Saakaszwilego oraz sam szef Rustavi 2 nie szczędzili mu pochlebstw.
Na początku października ZRN apelował o przyspieszone wybory parlamentarne. Może coś się rzeczywiście kroi. Atuty ZRN to nie tylko sprawa Rustavi 2, ale i rozmowy rządu z Gazpromem w sprawie zwiększenia dostaw gazu. Dużo w tym jednak straszenia medialnego, bo dla zwykłego Gruzina czy polityk jest prorosyjski czy antyrosyjski nie jest tak ważne jak nam się wydaje. Potwierdzają to regularne badania opinii - bezrobocie to jest czołowy problem, wysokość wypłat, emerytur. O godnym życiu można usłyszeć praktycznie od każdego w tym kraju.
Jakby tego było mało, ukraiński portal opublikował nagranie z gwałtem więźnia. Podobne widea były upubliczniane przed wyborami w 2012 roku i to niewątpliwie pomogło wygrać wtedy koalicji Gruzińskie Marzenie. Ujawnienie nowego nagrania ma tłumaczyć - zdaniem Gruzińskiego Marzenie - dewastację ok. 20 lokalnych biur ZRN. Zniszczono także budynek biblioteki prezydenckiej Saakaszwilego w Tbilisi. Społeczeństwo jest ponoć oburzone. Zdaniem premiera partia Saakaszwilego nie powinna się skarżyć, tylko być szczęśliwa, ze nie spotkał jej ten sam los co więźniów.
Tyle na dziś. W powyższej nocie specjalnie nie umieściłam nazwisk.
środa, 13 maja 2015
Gruzińskie Marzenie nadal nie spełnione
Najnowsze badanie amerykańskiego National Democratic Institute (NDI) potwierdza słabnące poparcie dla Gruzińskiego Marzenia. Koalicja założona przez miliardera Bidzinę Iwaniszwilego wygrała wybory parlamentarne jesienią 2012 roku głównie dzięki hasłom odsunięcia od władzy Saakaszwilego i jego ekipy. Podczas pierwszej konferencji prasowej po ogłoszeniu wyników było widać, że Iwaniszwili jest zaskoczony wynikiem. Cieszył się, ale nie potrafił przedstawić żadnych, nawet ogólnych, punktów swojego programu.
Choć zaprosił do rządu byłego piłkarza Kachę Kaladzę i powierzył mu resort energetyki, to w jego gabinecie znaleźli się dobrzy specjaliści jak Irakli Alasania w ministerstwie obrony czy Maja Pandżikidze jako szefowa dyplomacji. Premier traktował Gruzję trochę jak własne podwórko, ale ministrowie robili swoje, głównie w szeroko pojętej kwestii relacji z UE i USA. Ponad półtora roku od czasu kiedy Iwaniszwili zrezygnował z funkcji premiera i oficjalnie wycofał się z polityki, 59 proc. Gruzinów wierzy, że to on odpowiada za działanie rządu. 41 proc. chciałoby by nie mieszał się do polityki, a 31 proc. by robił to oficjalnie.
Za obiecane w kampanii wyborczej rozliczanie poprzedniej ekipy rządzący zabrali się tuż po wyborach. Do więzienia trafił m.in. były premier, minister obrony, a były prezydent Saakaszwili jest ścigany listem gończym. Cała masa urzędników trafiła przed sąd. Trochę za dużo tych spraw, świadków i oskarżeń by chodziło tylko o polityczny rewanż.
Jednakże wiosną 2015 roku nie ma już praktycznie kogo ścigać i oskarżać (np. sprawa śmierci byłego premiera Zuraba Żwanii zdaje się utknęła w martwym punkcie), tym samym nie ma już cennego instrumentu do utrzymania elektoratu. (List gończy wysłany za Saakaszwilim jest w praktyce bezwartościową formalnością, ani Ukraina, ani Azerbejdżan nie zgodziły się ostatnio na wydanie byłego prezydenta).
Saakaszwili stracił władzę jesienią 2013 roku. Trudno go już oskarżać o bieżące problemy w kraju. Od listopada zeszłego roku wartość lari spadła wobec dolara o 32 proc. Iwaniszwili, który jeszcze nie tak dawno temu twierdził, że gospodarka rządzi się swoimi prawami i trzeba to po prostu uszanować, dziś regularnie w TV krytykuje Bank Centralny. Minister gospodarki upracie powtarza, że już niedługo będzie lepiej, a premier rozkłada ręce wskazując także na Bank Centralny.
Jedno jest pewne, poparcie dla Gruzińskiego Marzenia spada, a spora grupa Gruzinów czuje, że nie jest reprezentowana w obecnym parlamencie.
Daje to spore pole radykałom, ale też populistycznym hasłom, obietnicom, a tuż przed wyborami także działaniom.
Niezależnie od ekipy rządzącej Gruzini narzekali na bezrobocie, które tylko w oficjalnych statystykach wynosi 12-14 procent. W rzeczywistości bez pracy jest kilkadziesiąt procent społeczeństwa. Gruzinów martwi nie tylko bezrobocie (66 proc.), ale też inflacja (43 proc.) i bieda (39 proc.). Inflacja w marcu wyniosła 13,9 proc. W porównaniu z rokiem poprzednim ceny żywności oraz napojów bezalkoholowych skoczyły o 28,8 proc. Jeszcze gorzej jest na rynku warzyw i owoców, ceny odpowiednio 41 proc. i 65,5 proc. w górę, a pieczywo i mięso - 25 proc. i 22 proc. Stawki za benzynę o jedną czwartą w górę, według danych Geostatu.
Najbliższe wybory parlamentarne odbędą się jesienią 2016 roku. Gdyby odbyły się teraz Gruzini głosowaliby tak:
Widać wyraźnie, że spadek popularności Gruzińskiego Marzenia nie oznacza znacznego wzrostu poparcia dla partii Saakaszwilego Zjednoczonego Ruchu Narodowego. Zapewne więc w przyszłym roku rząd podejmie szereg znaczących reform, wypłaci zapomogi czy opłaci rachunki. Robiła tak wcześniej ekipa Saakaszwilego, więc doświadczenia są.
Dla prawie połowy społeczeństwa Gruzji Rosja stanowi zagrożenie, 36 proc. uważa, że zagrożenie jest, ale bez przesady, a 12 proc., że żadne.
Aż 31 proc. Gruzinów nie miałoby nic przeciwko przystąpieniu Gruzji do Unii Eurazjatyckiej, 41 proc. jest przeciw. Relacje gospodarcze widać są nadal przez wielu oddzielane od polityki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)